poniedziałek, 20 lipca 2015

Lody dla ochłody

Latem, kiedy byłam mała nie wyobrażałam sobie dnia bez loda. To było dla mnie oczywiste, że jak ciepło - idziemy na lody.
Czy to z rodzicami czy sama czy z koleżankami - nie ważne.
A najlepsze to te, z maszyny. Włoskie. Dawniej nie tak łatwo dostępne jak dziś. 

Jakieś 2 tygodnie temu na takie lody zabrałam Julię. Od tamtej pory często sama mówiła do mnie: "dody". Na pytanie co sobie kupi za pieniążki, którymi akurat się bawiła, zawsze słyszałam "doda" - dawniej mówiła jajo (kinder niespodzianka).
I w niedzielę kiedy po raz kolejny z jej ust padło słowo dody, pojechaliśmy na lody.

Nie muszę pytać czy smaczne, bo gdyby tak nie było, zjadłabym za nią, a tak do ostatniego okruszka pochłonęła.








Przypominam, że książeczki rozdajemy do jutra.
Więcej informacji TUTAJ

12 komentarzy:

  1. Hania na lody też mówi dody. Zjada jednego dziennie. Jak wychodzę do pracy daje jej buziaka i ona wtedy do mnie szepce " kupi mama doda" no i mama kupuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My aż tyle nie jemy - w niedziele czasami i tylko tyle ;)

      Usuń
    2. Ale oprócz tego jednego małego doda nie je nic innego słodkiego to czy to aż tyle?

      Usuń
  2. Nie ma nic lepszego, jak lody w upał ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Miłość do lodów ma się chyba we krwi:D Nie znam kogoś kto by ich nie lubiał:) No nie da się:D

    OdpowiedzUsuń
  4. I mój Oli już próbował :) Ale najbardziej smakuje mu wafelek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja nie wybrzydza - wcina wszystko :D

      Usuń
  5. Ja za włoskimi akurat nie przepadam, ale takie klasyczne, śmietankowe gałki... mhm :)

    OdpowiedzUsuń

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie