piątek, 17 maja 2013

A było to tak ...

W lutym, zaraz po tym jak znajoma kupiła sobie testy owulacyjne postanowiłam zrobić to i ja. Zamówiłam, przysłali i robiłam... I pozytywny z grubymi krechami wyszedł 6 marca czyli dokładnie w dzień, kiedy Mąż się rozchorował, więc testy schowałam i powiedziałam: czekamy na przyszły miesiąc. 20 marca coś mnie tchnęło i postanowiłam zrobić test ( z tych, co były w zestawie z owulacyjnymi). Wyszedł pozytywny, ale doszłam do wniosku, że to niemożliwe i test, bo tani to fałszywy. Ale, że 21 marca okres nie nadszedł poszłam kupić w aptece inny. I wynik pozytywny. Popłakałam się, bo byłam pewna, że w tym miesiącu się nie uda.
Ponieważ wcześniej ciąża zakończyła się nieszczęśliwie obliczyłam sobie kiedy powinno być widać serduszko i obiecałam sobie, że wcześniej nie pójdę do lekarza.
3 kwietnia wieczorem zauważyłam, że pojawiło się plamienie. Całą noc nie spałam, byłam pewna, że poroniłam, modliłam się i włożyłam sobie do kieszenie obrazek Matki Bożej i następnego dnia ze łzami w oczach szłam do lekarza. Nogi mi się trzęsły jak wchodziłam, a moment kiedy zaczął robić USG... I slowa lekarza: ciąża żywa, jest serduszko. Ja w szoku. Ale jak to jest? Tak wcześnie? USG pokazało mi dokładnie ten sam tydzień co według OM. A mi kamień spadł z serca i się popłakałam, ale ze szczęścia. I wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl: tym razem się uda...


I w jednej chwili cały strach odpłynął, a jak jak zahipnotyzowana patrzyłam na ten pięknie migający punkcik - na serduszko.


Zarówno wg USG jak i terminu OM to 5 tydz.i 6 dzień ciąży i termin porodu to 29 listopad 2013r. Czyli zostaniemy rodzicami zimowego Skarba... 3,1 mm szczęścia..


Na drugą wizytę do lekarza (30.04.2013r.) szłam z nastawieniem: jeśli lekarz powie, że wszystko jest dobrze to tak już będzie, a jeśli nie...

I się okazało, że strach i stres był niepotrzebny, bo maleństwo rozwija się książkowo. Ma już 3,1 cm, pięknie bije serduszko, a niestety nie ruszało się, bo sobie spało i za nic nie chciało wstać. Uparte po mamusi będzie jak nic :) Termin porodu wg USG to 26 listopad. Według OM to 9 tydz i 4 dzień ciąży, a według USG 10 tydzień. Lekarz uważa, że pięknie, a ja z uśmiechem się z nim zgadzam.
Wyniki wszystkie też mam książkowe, co mnie cieszy, bo bałam się trochę wyniku toksoplazmozy, ale jest dobrze. 

 Tatuś zadowolony. Rano powitał mnie z pięknym uśmiechem, by zaraz później pocałować w brzuch i przywitać się z dzieckiem. Wzruszające...

Tydzień po tej wizycie, będąc w pracy zauważyłam plamienie. I znowu łzy i pierwsza myśl: to koniec. I ze łzami w oczach telefon do lekarza, kazał przyjechać, ale że została mi godzina do końca, a wiedziałam, że i tak kolejka mnie czeka czekałam. Nie krwawiłam, to tylko plamienie niewielkie. Nie chcę sobie przypominać tego co czułam przed wejściem do niego, potem rozbieranie... Miałam wrażenie, że to trwa i trwa i wreszcie USG i okazało się, że dzidzia żyje. Mi kamień spadł z serca. Lekarz uspokoił, stwierdził, że takie plamienia się zdarzają, kazał tylko zwiększyć przyjmowanie Luteiny i póki co czuję się bardzo dobrze. 
Z niecierpliwością czekam na kolejną wizytę 28 maja...
A ogólnie jak się czuję? W 6 tyg.dopadły mnie mdłości. Najgorzej było wieczorem i w nocy. Rano nie było źle, ale w nocy... Na szczęście nie wymiotowałam, a mdłości trwały kilka dni, potem minęły. Pojawiały się potem co jakiś czas, ale na chwilę, by zaraz sobie odejść.
Dziś mamy już 12 tydzień, a ja czuję się bardzo dobrze. Brzuszek jest już troszkę widoczny, ale tylko dla mnie rano, bo popołudniu już nie tylko ja go widzę :) Marcin? On od 4 tygodnia niby widzi, więc Go nie słucham. A On jest zadowolony bardzo, całuje brzuch, przytula się... :) Cieszy Go również fakt, że musiałam zmienić biustonosz na większy - faceci... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie