sobota, 27 września 2014

Powtórka :)

Gdybym była osobą publiczną, o której się mówi, pisze i opowiada dziś, najpóźniej jutro byłoby o mnie głośno. 
Bo? Pytanie! Julia już drugi raz wystąpiła w tym samym stroju.
Prawda, że straszne? (tu następuje mrugnięcie okiem)
Jednak mam wytłumaczenie! Nie byle jakie! Ubranka prezentowane są po Gai (być może i Nelusi) z Tosinkowa. Piękne, jak dziewczyny - grzech nie ubierać!

Swoją drogą...już tak całkiem poważnie. Bawi mnie to oburzenie w prasie, telewizji czy internecie pokazujące daną osobę, która miała czelność wystąpić w czymś więcej niż jeden, broń Boże więcej niż dwa razy.
I tu z uśmiechem stwierdzam: o jakże fajnie, że nie jestem osobą znaną!
Wyobrażacie sobie kupić piękną sukienkę (z pewnością i nie tanią) i włożyć ją raz tylko? Ja nie.










czwartek, 25 września 2014

My się wiatru nie boimy, znamy granice

Siedzimy w domu.
Co rusz, wymyślam nową zabawę, nowe zajęcie. Cokolwiek, co zajmie mi dziecko, które ewidentnie znudzone jest siedzeniem w domu.
Ostatnie dni (wiatrzysko, deszcz, zimno) nie sprzyjały podwórkowym zabawom. 
Sama wychodziłam tylko, jak musiałam. Na chwil kilka, by czym prędzej wrócić do ciepłego domu.
Jednak pomysłów brak.
W międzyczasie zamówiłam Julii nowa "zabawkę", która mam nadzieję ją zainteresuje, zatrzyma, która będzie bawić.
Czekamy więc.
Stoją przy oknie, patrząc jak dziecko entuzjastycznie rączka pokazuje na podwórko, urzeczona pięknym słonkiem, czym prędzej (co by się nie rozmyślić) zabrałam się za ubieranie.
Żeby nie zmarzła!
Żeby jej nie przegrzać!
Wyszłyśmy.
I już chwil kilka później poczułam, mimo ciepła wiatr. Zimny wiatr.
Z pewnością już nie letni.
Typowo jesienny.
Nie mający nic wspólnego z naszą polską złotą jesienią.
Niestety.
Na "dzień dobry" spotkałam się z dziwnym wzrokiem robotników kończących dach.
Niepewne spojrzenie i myśl: jestem brudna?
Zaraz potem pytanie: nie za zimno z dzieckiem?
Myślę sobie: może i za zimno, odpowiadam: jak Panu nie zimno, Jej tym bardziej.
Spacerujemy kilka minut. 
Przychodzi sąsiadka.  "Ojejj, na taki wiatr z takim maleństwem nie wychodzi się". Odpowiadam najmilej jak umiem: "A dlaczego nie? Jeśli mi jest dobrze, małej też. Poza tym, dziecko trzeba hartować, a świeże, chłodniejsze powietrze jej nie zaszkodzi, dziecko musi wiedzieć, że nie zawsze jest gorąco, czasami jest wręcz zimno"
Chwilę się zastanowiła, przyznała rację.
Ale, ale! 
Doszłyśmy do drogi, jedzie znajomy. Rzuca szybkim "cześć" i dodaje: "uciekaj w ten wiatr do domu z nią". Ciśnienie czuję, że się podnosi. Obiecałam wrócić, jak on zrobi to samo, wszak też jest człowiekiem.
Bo jest.

I tak po kilkunastu minutach wróciłyśmy.
Julia zdrowa, obawy innych się nie sprawdziły.
Przyznam: wiało, było zimno.
Ale przecież dziecko trzeba hartować. Jeśli będziemy wychodzić tylko w dni bezwietrzne, przy pierwszym powiewie wiatru dziecko będzie chore, bo nie przygotowane do dni chłodniejszych.

Dziś po raz kolejny będę przyprawiać tutejszych ludzi o zawał.
Trudno.











Swoją drogą....czy to dziecko wygląda na zmarznięte?

poniedziałek, 22 września 2014

Nasz dom

Kiedy byłam małą dziewczynką miałam głowę pełną marzeń.
Jak każda dziewczynka. Wróć - jak każdy z nas!
Bo nie uwierzę, że nikt o niczym nie marzył.
Były marzenia mniejsze i większe, te ważne i te mniej ważne.
Te najważniejsze, które pamiętam to mąż, dom, dzieci i dom.
Własny dom.
Uwielbiałam swój rodzinny, jednak zawsze chciałam mieć ten swój.
Taki tylko mój, postawiony od zera. Męża mam, dziecko mam (przyjdzie czas na kolejne), teraz spełniamy jeszcze jedno: dom.
Rozpoczęliśmy w tamtym roku, wbiciem pierwszej łopaty w ziemię, później pomału domek rósł, rósł, by dziś cieszyć nasze oczy takim widokiem


Nasz dom.
W tym roku wiele pracy już nie zostało.
Wyrównanie terenu, usunięcie stempli i koniec. Jednym słowem: stan zamierzony na ten rok osiągnęliśmy.
Wspaniale wręcz.

Od początku budowę traktowaliśmy jak coś fajnego. Ktoś napisał mi, że budując dom nie ma, że boli - trzeba robić itd...
Nie tak do tego podchodziliśmy.
Dla nas budowa to przygoda. Kiedy Mąż miał gorszy dzień, coś bolało, nie robiliśmy. Kiedy grzało słońce, był wolny dzień, jak padało to samo. 
Dzięki temu dziś ni traktujemy tego jako zło konieczne, ale jak coś fajnego. Coś, co razem stworzyliśmy z przyjemnością.
Przed nami dużo pracy.
Nie boimy się.
To co najgorsze za nami.
W przyszłym roku pomału zaczniemy przygodę z wykończeniówką i mamy nadzieję, że nadal będziemy do tego podchodzić tak jak dziś.
Że nadal to będzie przyjemność. Bo ma być.
Bo budowa to nasz wybór. Nikt nas nie zmuszał.
Nie spieszymy się.
Mamy czas.
Nawet jeśli wszystko się przedłuży - trudno.
Już dziś oglądam katalogi, wybieramy kolory mebli, ścian itd...
Najważniejsze, że budując spełniamy nasze marzenie, że robimy wszystko tak, jak chcemy.
Po swojemu. 
Dla nas.
Na lata.
Na zawsze.
Staję przed domem, patrzę na ogród i w myślach wiem, jak będzie wyglądał. Zajmie to trochę czasu, ale to nic.
Mamy czas.
Mamy siebie i to daje nam siłę.

Dlatego warto marzyć.

poniedziałek, 15 września 2014

Korzystamy z pięknej pogody

Co prawda iście letnie powietrze opuściło nas, ale piękna pogoda wróciła.
Korzystamy więc ile się da!
Spacerujemy, spacerujemy, spacerujemy!
Ja zadowolona, bo Juleńka uwielbia być na powietrzu, a dziecko szczęśliwe.
Pięknie jest.
A ja z aparatem w dłoniach próbuję uchwycić to, co najpiękniejsze - dziecko. 




















Jeśli ktoś chce śledzić nas na bieżąco, naszą budowę - zapraszam do polubienia nas na fb. <TU>

piątek, 12 września 2014

Tata & Córka

Mój Mąż dzieci zawsze lubił. Nigdy jednak nie reagował na nie w sposób taki, jak ja.
Ja, widząc malucha na ulicy, zawsze się oglądałam, uśmiechałam. Widząc znajomych, zagadywałam, odwiedzając kogoś z dzieckiem mogłam siedzieć z maluchem godzinami.
On nie.
Będąc w ciąży myślałam: a co jeśli, po urodzeniu Julii nie będzie tak okazywał uczuć?
On mówił jedno, a ja - pobudzona dodatkowo hormonami zamartwiałam się raz po raz.
Niepotrzebnie.
Myśląc o tym dniu, kiedy urodziła się Julia, pamiętam, jak przewozili mnie z porodówki na zwykłą salę. On stał pod drzwiami i na mój widok uśmiechnął się tak, jak nigdy wcześniej, a w Jego oczach widać było nieopisaną radość, łzy - wszystko!
Siedział przy mnie i czekał, aż przyniosą córeczkę.
Na Jej widok, prawie podskoczył z radości i napatrzeć się nie mógł.
Chwilę później obdzwonił całą rodzinę powiedzieć, że jest tatą najśliczniejszej dziewczynki na świecie.
Już w domu, od początku zajmował się nią. Kiedy ja nie mogłam się ruszyć, przebierał, kapał, nosił, tulił, całował i powtarzał, że kocha.
Mi serce kipiało ze szczęścia. Do dziś tak jest.
Teraz Julia na widok taty macha rączkami, nóżkami, cieszy się i jak jest tata, mama może nie istnieć. 
A tatuś zapatrzony w córeczkę jak w obraz. 
Z wzajemnością.
Wraca z pracy, pędzi do dziecka, bierze na ręce i nawet jeśli wejdzie w butach, nabrudzi - nic to, widok szczęśliwego dziecka - bezcenny.
Ciesze się, że tak jest.
Kocham na nich patrzeć, kocham ich nad życie. 
Sa moją radością. Siłą. Dumą. Szczęściem. Miłością - nieopisaną.
Moim wszechświatem.
Moim wszystkim.






poniedziałek, 8 września 2014

Najpiękniejsza

Po przeczytaniu komentarza na jednym z ulubionych blogów naszły mnie refleksje.
Ileż to razy słyszymy/czytamy, jak inne mamy mówią, że ich dzieci są najpiękniejsze, najmądrzejsze. I ileż to razy myślimy sobie: wcale nie, bo moje jest piękniejsze. 
I dobrze, że tak myślimy!
To najnaturalniejsza myśl i zupełnie zdrowa. 
Każda mama w ten sposób powinna myśleć.
Zapewne każda z nas (mam) jest zakochana w swym dziecku, patrzy na niego i myśli: "ależ on/a piękna/y. Najpiękniejsza/y na świecie.
I to jest właściwe.
Bo patrząc na swoje dziecko, ono dla nas jest najpiękniejsze (powinno być). Przecież spoglądając na tego małego człowieczka, którego przecież sami stworzyliśmy widzimy samych siebie.
Te oczka zupełnie jak tata, uśmiech mamy, nasze gesty, minki zupełnie jak taty, a śmiech mamy...
Czy można nie myśleć wtedy, że to najpiękniejszy dziecko?
Nie!
Bardzo smutne jest, kiedy ktoś mówi, że nasze dziecko wcale ładne nie jest. Smutne. Tak nie powinno być. 
Ja mojej córci milion razy powtarzam, że jest najśliczniejsza na świecie. (mimo, że jeszcze nie rozumie)
Tryliard razy mówię: kocham.
Jeszcze więcej razy całuję tę słodką twarzyczkę.
A ona? Odwzajemnia to wszystko najcudowniejszym uśmiechem.
I dla mnie jest najpiękniejsza. 
Dla nas wszystkich nasze dzieci powinny być najpiękniejsze.
Z autopsji wiem, że dzieci, które są chwalone, którym powtarza się raz po raz "kocham", które zapewniamy, że są piękne, mają wyższą samoocenę, te dzieci lepiej radzą sobie w kontaktach z innymi, są pewniejsze siebie.
Serce się kraje, kiedy się słyszy, ze rodzice nigdy o swoich dzieciach dobrego słowa nie powiedzą, wychwalają natomiast inne.
Co czuje dziecko? 
Mi zawsze mama powtarza: dziecko MUSI czuć się kochane, najszczęśliwsze. 
Tego się trzymam.
I będę powtarzała Julii, że jest najpiękniejsza, że jest najbardziej kochanym dzieckiem na świecie, że nie ma cudowniejszego dziecka na świecie.
Będę.
I wy róbcie to samo!
Niech dzieci wiedzą, że są najważniejsze.
Niech każdy nasz gest, słowo im o tym przypomina.
Bo przecież – dla nas (rodziców) priorytetową sprawą powinno być wychowanie czułych, kochających i szczęśliwych ludzi.
Słowo kocham to tak niewiele, a jednocześnie tak dużo. 
Mówmy to dzieciom miliard razy, nawet jeśli jesteśmy pewne, ze wiedzą: powtórzmy raz jeszcze i kolejny. Słowa kocham nigdy za wiele.
Często słyszymy: nie mówię kocham, bo dziecko wie, że to czuję, każdym gestem mu to pokazuję, a jednak słowo kocham to bardzo dużo, uczy również okazywania uczyć nie tylko czynami, ale i słowami.


Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie