piątek, 27 czerwca 2014

Mam 7 miesięcy!

Dziś Julia nasza kochana skończyła 7 miesięcy.


Nasza mała córeczka, która już taka mała w sumie nie jest z dnia na dzień staje się coraz mądrzejsza.
Kilka dni temu - 24 czerwca przebił się nam pierwszy ząbek. Oprócz marudzenia przy jedzeniu łyżeczkom, nie było żadnych objawów. 

Jemy 5 razy dziennie po 150 ml. Zupki, deserki i kaszki póki co podaję między posiłkami. Mam nadzieję, że szybko wrócimy do jedzenia sprzed kilku tygodni, kiedy zjadała obiadek ze słoika - ładnie zjadała. Póki co to tylko piękne wspomnienie...

Co poza tym?

Nóżki wkłada do buzi, ale to już od dawna (zaczęła, jak skończyła 5 miesięcy)
Położona na plecach natychmiast zmienia pozycję na brzuch i obraca się wokół własnej osi, nie pełza i wydaje mi się, że u nas pełzania nie będzie, bo Julia już pomalutku przygotowuje się do raczkowania - zaczyna podnosić pupę do góry.

Nie lubi soków jabłkowych ani marchew + jabłko. Wodą nie gardzi, ale i tak herbatka z kopru włoskiego (Hipp) jest najlepsza. 
Póki co jest wegetarianką - jakkolwiek to brzmi. I o ile zje z łyżeczki wszystko co nie zawiera mięsa, tak zupka mięsna jest nie fajna i już. Choć i to chyba tymczasowe, bo wcześniej uwielbiała zupkę warzywną z królikiem.
Lubi chrupki kukurydziane i o ile na początku się krztusiła, a matce serce stawało, tak teraz je pięknie i ewidentnie jej smakuje, co okazuje.

Sama jeszcze nie siada, a posadzona siedzi kilka sekund - nic to, mamy czas. Absolutnie nie należę do tych mam, które pędzą robić badania, bo syn/córka sąsiadki miał/a 6 miesięcy i siadał/a. Każde dziecko jest inne. Jedne już stają, Julii się nie spieszy.

Powiedziała już:

* mama - jako pierwsze, już dawno (chyba w wieku 4 miesięcy, ale musiałabym sprawdzić)
* nie
* tata - nieustannie
* baba - kilka razy się wymsknęło
* dada - jak wyżej

I mnóstwo innych po swojemu.

Nadal śpimy całą noc, a w dzień - 3 razy po 1,5 godz. +/-. Ja zadowolona, bo Julia to istny Anioł (mam nadzieję, że pazurków nie pokaże), nie mam problemu ze zrobieniem czegokolwiek w domu przy niej. Gotowanie, sprzątanie, odpoczynek, książka - na wszystko mam czas. A i jak nie śpi, nie ma problemu z zabawą samodzielną.
Nosiłam i noszę nadal dużo, ale moje dziecko wcale się tego (póki co) nie domaga, położę na macie, bawi się, przekręca. Więc ja zawsze będę zachęcać wszystkich do noszenia dzieci - ba! Specjalny post wystosuję niebawem :)

A tymczasem: uciekam szykować pojazd (czyt.wózek) na spacer nr 2, a Was zostawiam ze zdjęciami.












P.S: Czy u was też dziś tak głupia pogoda?
Rano (czyt.10:00) na spacer poszłyśmy. Zdjęcia z dziś. Bezwietrznie, pięknie, z krótkim rękawkiem spacerujemy. Chwilę potem wiatr jakiś zimny, dziecko sweterek dostało, matka gęsiej skórki. Zmarzluch jestem niesamowity. Nic to. Idziemy dalej. Po kilkunastu minutach zimniej coraz bardziej, a i wiatr jakiś chłodny. Zadecydowałam - wracamy.
Dziecko usnęło, ja kawką się nacieszyłam, książka w dłoni (niekoniecznie interesująca - sesja trwa), wychodzę ja na dwór przed sekundką po coś, a tu kurcze - gorąco. Ba! Wiatru nic. Nie lubię takiej pogody, nie lubię. Ubrać dziecka nie umiem, skoro sama siebie nie potrafię, bo raz zimno, zaraz gorąco.
Nic - poczekamy i zobaczymy jak będzie.

środa, 25 czerwca 2014

Świat książki

Niedawno był Dzień Dziecka. Co się z tym wiąże? Prezenty, prezenty i ... pusty portfel :)
Jako mama - wtedy 6-miesięczniaka powinnam zainwestować w jakąś edukacyjną zabawkę. I taki miałam zamiar.
Ile ja się naoglądałam, to głowa mała!
Od sklepu do sklepu i w każdym sprzedawcy zapewniali, że to właśnie ich zabawka (X,Y) jest lepsza. Nie powiem - kusiły, ale zawsze coś mi się nie podobało, coś nie pasowało. A każde namawianie wręcz odstręczało od nawet tej "lepszej" zabawki. A nawet jeśli jakaś wpadła mi w oko i już miałam pędzić do kasy, zaraz przypominało mi się, że owszem - to jest fajne, ale nie dla mojej małej. Kupię więc za rok, no ewentualnie dwa. I nawet grę, którą zachwalała inna blogowa koleżanka i którą ja pokochałam, nawet jej nie widząc odłożyłam, kiedy uświadomiłam sobie, że i na to przyjdzie czas, ale nie dziś.
Więc niech nikt teraz nie próbuje mi wytłumaczyć jak to możliwe, że wyszłam ze sklepu z 8 (!!!) grubachnymi książkami z serii "Martynka". W każdej po kilka/kilkanaście opowiadań. Nawet niech nikt zrozumieć nie próbuje, bo z pewnością lepsza byłaby zabawka przeznaczona dla 3 latka, ale nic to. Ja, zauroczona tymi bajkami lat temu kilka, kiedy wpadła mi pierwszy raz w ręce książka z owej serii, kiedy opiekowałam się Gabi. Obiecałam sobie wówczas, że jak będę miała córkę - kupię. I kupiłam. Wcześniej - to fakt, teraz z pewnością poleżą i poczekają, aż moje dziecko będzie słuchać, jak Mama czy Tata czytają, ale nie żałuję. Przyznam szczerze, że tak do końca bezczynnie to one nie leżą, bo mamuśka (czyt.ja) pochłania namiętnie jedno opowiadanie za drugim. 

Co by nie było, że dziecko (przypominam - półroczniak) nie dostanie w sumie nic od rodziców, kupiłam jeszcze 4 książeczki inne, bardziej do jej wieku odpowiednie, aczkolwiek za bardzo nie licząc, że tak bardzo ją zainteresują.
O jakże się myliłam! Na szczęście!
Julia zachwycona. Macha rączkami i nóżkami na widok książeczki, z zainteresowaniem ogląda obrazki, mama pomaga przekręcać strony, czasami próbuje złapać w rączki coś, co ją zainteresuje, co wygląda niesamowicie zabawnie








Ranek - dzień dzisiejszy.
Ja - robię śniadanie. Mąż - karmi Julię. Kilkanaście minut później wchodzi do kuchni.
On: (widząc, że chcę wejść do pokoju naszego) Nie idź tam. Julia czyta. Nie przeszkadzaj jej. 
:)









Także, kochani!
Wcale nie jest powiedziane, że książeczki są tylko dla dzieci starszych. Moja bardzo lubi je oglądać, uśmiecha się przy tym i potrafi nawet pół godziny siedzieć i patrzeć, patrzeć i ... patrzeć.
Mam nadzieję, że córcia po mnie odziedziczy miłość do książek. Papierowych oczywiście.
Dla mnie e-booki nie istnieją.

Czytanie książki jest, przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka. Jeżeli książka jest dobra, czytelnik czuje się w niej jak u siebie, a jednocześnie intryguje go, co mu się tam przydarzy, co znajdzie za następnym zakrętem.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Co z tą pracą?

Za kilka dni Julia skończy 7 miesięcy. Pędzi ten czas jak szalony, ojj pędzi.
A szkoda, bo chciałoby zatrzymać się te chwile, jakże piękne - spędzone z dzieckiem, jak najdłużej. Pozostają więc wspomnienia, zdjęcia, zapiski... Czas pędzi dalej - nieubłaganie.
I niestety coraz bliżej jesteśmy momentu, w którym podjąć trzeba decyzję - jakże trudną, a mianowicie - powrót do pracy.
Problemu by nie było, gdybym rzeczywiście wrócić chciała, a mnie ani tam nie ciągnie ani nawet nie tęsknię. Tęskniłam, a jakże! Cały październik i listopad, potem urodziła sie Julia i tęsknic przestałam. Dziś nawet trudno mi wyobrazić sobie powrót.
Nie chcę, co tu się oszukiwać.
Sprawa priorytetową dla mnie jest wychowanie dziecka. Nie byłoby z tym problemu jednak gdyby nie fakt, że kilka metrów za ścianą domu, w którym obecnie mieszkam powstaje dom - nasz dom, ten wymarzony, ten, na którego oboje pracujemy, ten, do którego będziemy wracać.
Nasz dom.
Oczywistym jest, że wracając automatycznie budżet podskoczy i być może, co będzie niesamowicie trudne, uda się nam za rok wprowadzić. To nasze marzenie, do którego dążymy.
Jednak zdajemy sobie sprawę, że jednej osobie trudno będzie na wszystko zarobić.
Mętlik mam w głowie niesamowity.
Bo tak: nie bardzo mam nawet z kim dziecko zostawić: teściowa jest, ale to temat rzeka. Zostałaby z nią chętnie, ale ma też inne sprawy na głowie, a roczne dziecko jednak uwagi potrzebuje. Moi rodzice pracują. Obcych ludzi nie chcę.
Ktoś powie: więc zostań, a budowa rok niech czeka. I fakt. Z tym, że mam powody, o których pisać nie chcę, a które sprawiają, że chcę jak najszybciej iść na swoje. Długo by pisać. Gdyby nie to, nawet bym się nie zastanawiała, została w domu, a budowa nie zając...

Mąż mówi: zostań.
Serce mówi: zostać.
Rozum nic nie mówi.

A ja chyba potrzebuję rady. Tak - to moja decyzja, ale być może ktoś był w podobnej sytuacji i podzieli się swoimi przeżyciami, swoją decyzją?

środa, 18 czerwca 2014

Kuchnia dla dzieci - odcinek 1


Zupka mleczna marcheweczka


wiek dziecka: 4m +

Składniki:
* 1 mała marchewka
* 1 ziemniak
* 3 łyżki kleiku ryżowego
* 30 ml mleka modyfikowanego



Sposób przygotowania:

Warzywa obrać, pokroić w kostkę i zagotować (można gotować na parze). Po wystygnięciu przetrzeć przez drobne sitko, bądź potraktować blenderem, ewentualnie rozgnieść widelcem. Dodać kleik, a następnie mleko do uzyskania odpowiedniej konsystencji.

______________

Jeśli ktoś byłby zainteresowany, zapraszam na bloga mojej siostry:

środa, 11 czerwca 2014

Julia i podwórko

Dziś pogoda zachwycająca. Cieplutko, ale nie upalnie. 26 stopni i lekki wiaterek, to coś, co uwielbiam. Ubrania letnie, ale nie dusimy się. 

Po wczorajszym upalnym dniu, wstaliśmy dziś wcześnie. Julia niestety nie śpi dobrze, kręci się i marudzi w nocy. Przesypia całą, ale jest niespokojna.
Także po porannym mleczku, od razu zabrałam córcię na spacerek.


Julia uwielbia być na powietrzu. W domu w ogóle najchętniej by nie siedziała, bo i po co? Tu nie ma pięknych widoków, tu nie biegają psy, nie szwędają się miauczące kotki. 
A, że dziś było fajnie, tak do domku przychodziliśmy tylko przebrać się i jeść, bo z jedzeniem na dworze ciężko, bo to pies zaszczeka i trzeba go wzrokiem poszukać, a to motylek leci, a to ktoś idzie. Wszystko przecież tak interesujące!













Ubieranie dziecka zimą było ciężkie, ojj było. Teraz nie. Julia, jak tylko nakładam jej czapeczkę, kapelusik czy chustkę, od razu uśmiech od ucha do ucha, bo wie, że idziemy na powietrze.

A dziś córusia pogodziła się z gondolą, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo ręce jednak bolą, jak się nosi tego szkraba. Fotelik samochodowy jest fajny, ale siedzenie w nim granice swe ma, więc jeden spacerek dziennie jeździmy zwiedzając świat, a resztę podziwiamy niebo :)

Oczywiście nie ma mowy o tym, by choć na chwilkę zatrzymać się, bo wtedy widok jest taki, jak poniżej:



Chwilo, trwaj!

Plany na wieczór: film, pizza i pepsi, bo jak to mówi mąż: od zdrowego jedzenia, aż go brzuch boli :)
Ktoś chętny dołączyć?

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Lato dookoła :)

Korzystam z chwili, kiedy córeczka śpi i zamiast odpocząć razem z nią, bo upał męczy bardziej niż cokolwiek innego, to włączam laptop i piszę. Tylko aparat grzeje się bardziej niż my w tę pogodę. Zdjęć całe mnóstwo mam.
Dziś pierwszy raz od ponad 3 tygodni nie mam męża - wrócił do pracy. Z tygodniowego urlopu zrobiły mu się ponad 3 przez mały wypadek przy budowie. Tak to jest, jak się kasku nie nosi - stwierdził. Co ja skomentowałam jedynie uśmiechem, bo nie o głowę, rękę ani nic innego chodzi, a o palca u nogi. Ale - wszystko przez kask i kropka. Na coś zgonić trzeba, a jakże! Kto by się przyznał, że nie uważał? Bo ja nie.
A dopóki byliśmy razem we trójkę spacerowaliśmy (w ostatnich dniach) ile się da. 





















A dziś spacerek 20 minutowy zaliczony po 7 rano, teraz siedzimy w domku. Żadna siła nas nie wygoni na dwór, gdzie w cieniu 32 stopnie i nie bardzo jest czym oddychać.
Być może wieczorem, kiedy się troszkę ochłodzi, wybierzemy się na krótki chociaż spacerek, uciekając przed komarami gdzie się da. 
A wczoraj np.poszłam ja sama, korzystając z kilkunastu minut, kiedy kawa się robiła, ale że ja do tych lękliwych należę, to pół wsi biegłam jak szalona z wózkiem (!!!), bo słuchajcie mnie coś goniło. Czasu nie miałam zobaczyć czy to trzmiel, szerszeń, ręki uciąć nie dam też, że to nie gigant mucha. Dzień dobry do ludzi rzucałam i zwalniałam, kiedy ktoś oczy ze zdziwienia wytrzeszczał. Szczęście, że to wioska nie duża, a nie miasto ogromne. W domu, siadając na ławeczce dostrzegłam dopiero mą głupotę, ale opłacało się. Córcia zachwycona prędkością, całą drogę z uśmiechem pokonała, czego nie mogę o sobie powiedzieć.
Oprócz os, pszczół i tym podobnych szerszeni bardziej boję się chyba tylko pająków.

A tym czasem pędzę kawę wypić korzystając z chwili błogiej ciszy.

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie