piątek, 12 grudnia 2014

By żyło się nam lepiej...

Święta Bożego Narodzenia to cudowny czas - wspominałam nie raz.
Małym dzieciom głównie kojarzą się z prezentami. Przeważnie.
Ale są dzieci, które prezentów nie dostaną.
Są tacy, dla których Święta nie kojarzą się z radością, bo brakuje im pieniędzy. Bo bez nich żyć się nie da. I ktoś, kto powiedział, że one szczęścia nie mają mylił się. O jakże bardzo!
Bo czy mama, mająca dzieci, a która nie ma pieniędzy na jedzenie jest szczęśliwa? 
Przed Świętami (nie tylko, ale zwłaszcza przed Świętami) dużo słyszy się o wszelkiego rodzaju pomocy dla potrzebujących.
I cudownie.
Pomagajmy! Bo radość innych jest bezcenna. Ci, którzy mają, nie zbiednieją, a innym można odmienić życie. Można.
I te wszystkie akcje są wspaniałe.
Tylko...
Mimo, że ja ciesze się ogromnie, że sama choć odrobinkę pomóc mogę, że patrze dookoła i widzę, że jest tak mnóstwo cudownych ludzi o ciepłym sercu. Ludzi- którzy bezinteresownie niosą tę pomoc, czuję jakiś wewnętrzny smutek.
Bo tak nie powinno być.
Bo przecież: "ludzie ludziom zgotowali ten los".
Nigdy nie pogodzę się z niesprawiedliwością.
Światem rządzi człowiek - wie każdy. Nie jeden, a wiele z nich. 
O tym, że są na świecie kraje, gdzie ludzie umierają z głodu wie każdy. O tym, że ludzie, którzy zachorują, często sami muszą zbierać pieniądze na operacje...często niestety brakuje czasu i ludzie odchodzą z tego świata...
Światem rządzą pieniądze.
A ja, zwykły człowiek nie potrafię zrozumieć i nie zrozumiem nigdy dlaczego my - ludzie na to pozwalamy!
Dlaczego za operacje, które ratują życie i są konieczne od razu trzeba płacić?
Dlaczego trzeba zbierać pieniądze na kraje "trzeciego świata", kiedy wystarczyłoby gdyby tamtejsze władze same zapewniały ludziom pożywienie, dostatnie życie...?
Dlaczego u nas w kraju ludzie nie pracujący nie mogą dostawać stałych zasiłków w takich kwotach, by starczały na życie spokojnie i byśmy nie musieli martwić się czy starczy na życie?
I dlaczego ludziom rządzącym nie zależy, by nam wszystkim naprawdę żyło się dobrze?
To nie są trudne pytania. To nie są pytania, na które nie ma odpowiedzi. Moim zdaniem to sa nieodpowiedni ludzie na swych miejscach. 
Powinno być: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego...
Jestem całym sercem za pomocą innym, pomagam na ile jestem w stanie, ale moim marzeniem jest, by za jakiś czas ta pomoc potrzebna nie była.
Być może jestem naiwna, ale wierzę, że w każdym człowieku tkwi dobro. I jeśli tylko odpowiednie osoby zrobią odpowiedni krok - nam wszystkim będzie się żyło lepiej. Bo przecież o to chodzi, prawda?
Gdyby to ode mnie zależało, dziś zmieniłabym cały system. Dałabym innym możliwość godnego życia.
Życia, na jakie zasługuje każdy!

Marzyć można...

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Julia w piernikowej krainie

Dzieciom do szczęścia nie potrzeba dużo. Wspominałam nie raz.
Sucha pieluszka, pełny brzuszek, kochający rodzice (rodzina), a kiedy dziecko ma rok dochodzi coś, co nacieszy oko maluszka.
A wiadomo, że dzieci lubią to, co kolorowe, co się świeci, rusza, co je zainteresuje.
A co najważniejsze (dosłownie): dziecko musi czuć się kochane, najważniejsze.
Moje dziecko potrafi najlepiej zająć się rzeczami banalnymi.
Nie potrzebuje drogich zabawek. Generalnie mówiąc w ogóle ich nie potrzebuje, bo ją nie interesują (przynajmniej na dzień dzisiejszy). Potrzebuje zainteresowania innych swoją osobą. 
Kredki, farbki, książeczki... Lakiery do paznokci, itp. (zamknięte rzecz jasna)
To ją bawi.
Wczoraj jednak postanowiłam zabrać Ja gdzieś. Do oddalonego od nas 100 km - centrum handlowego.
Bynajmniej nie na zakupy.
Sklepy sobie w zupełności odpuściliśmy - dzień należał do Julii.

Atrakcja numer 1:
Piernikowa chatka.

I o ile dla dorosłego cała konstrukcja po chwili wyda się nudna, tak dla dziecka absolutnie nie. (przynajmniej dla mojego, bo przypominam, że wszelkie spostrzeżenia czy opinie pisze tylko i wyłącznie na podstawie moich obserwacji mojego dziecka)
Dla Julii to był hit!
Pewnie gdybyśmy Jej stamtąd nie wzięli, stałaby tam godzinami i obserwowałam.
Odgłos zdziwienia słyszeliśmy non stop.
Zainteresowanie wszystkim, co tam się znajdowało było ogromne.
Dla Niej sam wygląd chatki, plus to, że wszystko tam się rusza było super.
A Miś na drabince najlepszy!













Na zdjęcie z Mikołajem nie czekaliśmy.
Nie trafiliśmy w godziny.
Pewni, że mamy masę czasu (komu, by tam do głowy przyszło, że Mikołaj odpoczywa), poszliśmy coś zjeść, a wróciwszy Mikołaja już nie było.
Do Świąt jednak czasu sporo, więc pewnie nic straconego.

Atrakcja numer 2:
Mini plac zabaw

Mini, bo jest naprawdę mały, ale dla mojego dziecka wystarczający!
Julia uwielbia dzieci.
Chyba sam ich widok sprawił jej najwięcej radości, a atrakcje na samym placu dopiero w drugiej kolejności.
Tatuś pomógł skorzystać córci z każdej atrakcji i pewnie gdyby nie zegar wskazujący, że czas wracać do domu bawiłaby się tam w najlepsze!







Julia była zadowolona.
Uśmiech towarzyszył Jej non stop.
Radość ze światełek, ozdób sprawiła, że my sami widząc Jej zachwyt ten dzień zaliczamy zdecydowanie do udanych!
Sobie życzymy jedynie więcej tak radosnych dni!
Kasi (Julinkowej chrzestnej) dziękujemy za towarzystwo!







sobota, 6 grudnia 2014

Święta tuż tuż

Dziś 6 grudzień.
Mikołajki.
Dzieci znajdują rano prezenty od św. Mikołaja.
Cudowny zwyczaj. 
Kiedy zbliżała się zima, mnie cieszyło jedynie to, że zwiastuje  to nadchodzące Święta.
Do dziś z uśmiechem wspominam dzień poprzedzający ranek 6 grudnia, kiedy to nie mogłam doczekać się kiedy wreszcie pójdę spać, by rano znaleźć prezent. A jeszcze wcześniej pisanie listu do św. Mikołaja.
I nie chodziło o sam prezent, ale o całą atmosferę jaka panowała przy tym. 
To oczekiwanie, wiara w Mikołaja, pisanie listu. To wszystko tworzyło tę cudowną aurę. 
Cudowne wspomnienia.
Cudowne chwile.

A za 3 tygodnie - niecałe w sumie - Święta Bożego Narodzenia.
I co roku czekam na nie z niecierpliwością.
Najpierw jako mała dziewczynka, która nie mogła doczekać się lepienia pierożków z babcią, ubierania choinki z wujkiem, a wcześniej pójście z drugim wujkiem po nią do lasu. Spotkanie przy stole z rodzina, śpiewanie kolęd, łamanie opłatkiem, prezenty.
I godziny spędzone przy choince, wpatrywanie w światełka, bombki...
Czytanie i oglądanie bajek świątecznych. Tak - te z Mikołajem, do dziś uwielbiam najbardziej.
I ta atmosfera...
Magia.
Ciepło rodzinne.
I dziś niewiele się zmieniło.
Nadal czekam na święta z niecierpliwością.
Nadal je uwielbiam.
Dziś ponadto mam nadzieje zaszczepić córkę tą bezwarunkowa miłością do Świąt.
Dla mnie są to święta magiczne.
I mimo, że co roku schemat się powtarza, nie ma mowy, by się kiedykolwiek znudziły.

A Mąż od kilku dni codziennie powtarza: "ubierzmy już choinkę, Julusi się spodoba".
Na pewno tak.
W tamtym roku była zbyt malutka, by cokolwiek pamiętać, w tym roku sama nie mogę doczekać się Jej reakcji na choinkę.

Czekam więc na te święta z utęsknieniem.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Urodzinki Julinki!

Wprost nie mogę uwierzyć w to, że to już rok od kiedy Julia jest z nami.
Rok.
365 dni.
Był to bezapelacyjnie fantastyczny rok.
Niebawem dłuższe podsumowanie tego roku i sesja zdjęciowa z okazji pierwszych urodzin, a tymczasem kilka zdjęć z Julii urodzinek:

 













czwartek, 27 listopada 2014

Juleńka kończy roczek!

27 listopad 2013r. 
godzina 9:50
na świat przyszła Julia.
Nasza córeczka.
Nasze spełnienie.


Promyczku nasz, córeńko...
Wszystkiego najlepszego w dniu Twych pierwszych urodzinek!


Nie znam słów, które są w stanie wyrazić jak bardzo Cię kochamy...
nie znam słów, które odzwierciedlą radość, jaką nam zesłałaś...
nie znam słów, które dadzą choć namiastkę tego co czujemy, patrząc codziennie na Ciebie...

Dziękujemy Ci!
Dziękujemy za to, że jesteś.
Dziękujemy, że odmieniłaś nasze życie, że wniosłaś do Niego dziecięcą radość, śmiech z drobnych rzeczy, szczęście.
Dziękujemy za to, że codziennie rano witasz nas najcudowniejszym uśmiechem.
Dziękujemy za wszystko.

Dziękujemy, że mamy zaszczyt być Twoimi rodzicami.

Bez Ciebie nasze życie nie miałoby sensu.

Mama i Tata.

czwartek, 20 listopada 2014

"Reaguj na przemoc wobec dzieci. Masz prawo"


Rzecznik Praw Dziecka, Pan Marek Michalak jest propagatorem i twórcą kampanii "Reaguj na przemoc wobec dzieci. Masz prawo", do której ja bez chwili zastanowienia postanowiłam dołączyć.
To bardzo ważne, żebyśmy brali czynny udział w takich akcjach i mówili głośno i otwarcie o tym, co myślimy. 
Niestety często jest tak, że wydaje nam się: "a co ja sam mogę?" Sam? Niewiele. Ale jeżeli każdy z nas tak pomyśli i nie zrobi nic, problemy będą istniały nadal. A gdyby każdy z nas postanowił zabrać głos w ważnych sprawach, które dotyczą nas, a zwłaszcza dzieci, bo one - te bezbronne istotki nie zawsze mogą i mają szansę same się bronić. I to my - dorośli jesteśmy od tego, by pomóc. 
Wystarczy chcieć, a razem możemy bardzo dużo. Otwórzmy oczy, nie udawajmy, że nie widzimy co się dzieje "tuż za ścianą". 

Razem powiedzmy STOP przemocy wobec dzieci!


Przeprowadzone na zlecenie RPD, przez TNS OBOP w 2012 roku badania pokazują, że jedna trzecia badanych uważa, iż nie powinni się wtrącać w to, jak rodzice postępują z dziećmi i w sytuacje stosowania kar fizycznych. Najczęściej powodem braku ich reakcji jest niechęć do wtrącania się w sprawy innych (29%).
Niemal połowa respondentów (47%) nie zareagowałoby uznając zasady nietykalności rodziny lub nie czując się "usprawnionymi" do tego. Powodem braku działania u prawie jednej czwartej badanych (23%) okazał się być strach.
Z badań wynika jednak, że społeczeństwo odczuwa wyraźną potrzebę reagowania na krzywdę dziecka. Działania te są jednak mało zdecydowane, w konsekwencji nie są w stanie uchronić dzieci przed tragedią. Spośród wszystkich badanych, jedynie połowa wykazała gotowość do zgłoszenia zauważonej przemocy jakiejkolwiek instytucji zajmującej się problemem stosowania przemocy wobec dzieci.
Blogosfera parentingowa postanowiła włączyć się w Kampanię Rzecznika Praw Dziecka „Reaguj masz prawo” , dołączamy potężną ekipą, na czele której stoi Żaneta.

Pospolite ruszenie blogerów odbywa się jednocześnie w dniu 20.11. na ponad 50-ciu blogach.
Właśnie tego dnia, chcemy uświadomić chociaż garstkę ludzi na to, co należy zrobić jeśli tuż obok nas, dzieje się krzywda jakiemuś dziecku. Chcemy odmienić statystyki !

Przemoc to nie tylko bicie, znęcanie się i wykorzystywanie seksualne dzieci. To również zaniedbywanie, karmienie na siłę lub głodzenie, przemoc psychiczna i emocjonalna. Warto byśmy otworzyli oczy i reagowali na każdy jej przejaw.
Jednym z filarów kampanii są "skrypty reakcji", których celem jest wskazanie osobom dorosłym możliwych reakcji w sytuacjach trudnych, w których - jak wykazują badania - nie wiedzą jak się zachować.
A zatem!
Reaguj na ulicy.
Ale jak?





Po pierwsze reaguj bez agresji – inaczej możesz zaognić sytuację. Obniż zdenerwowanie zaczynając miłą rozmowę. Nie osądzaj z góry, bo ktoś przestanie słuchać. Najlepiej zaoferuj pomoc lub użyj przykładowej historii (tzw. z życia, z morałem). Daj do zrozumienia, że bicie/zaniedbanie szkodzi dziecku. Poleć książkę/daj ulotkę o wychowaniu bez przemocy. Możesz też podzielić się własnym doświadczeniem. 





Głównym celem kampanii Rzecznika Praw Dziecka – REAGUJ.MASZ PRAWO  jest zmiana biernej postawy ludzi wobec aktów krzywdzenia dzieci oraz zmniejszenie społecznego przyzwolenia na stosowanie przemocy.
Jeśli i Ty zareagujesz, możesz uratować jedno z wielu dzieci, które doświadczają na co dzień przemocy.  



Zapewne wielu z osób czytających pomyśli: po co to wszystko? To i tak nic nie zmieni. I tak się stanie, jeżeli przeczytamy to i na tym się skończy.
Ale pomyślmy!
Jeżeli każdy z nas, biorący udział w kampanii, a jest nas sporo i każdy czytelnik postanowi zmienić swoją postawę i zacznie reagować czy naprawdę to nic nie da?
Oczywiście - są i będą dzieci, którym nie pomożemy, bo się nie da.  Bo bywa, że na pozór szczęśliwe dziecko, kochane przez rodziców, w domu już kochane być przestaje. Pojawia się przemoc. Bicie.
Krzyki.
Tak jest i będzie.
Jednak są przypadki, na które wpływ mamy.

Przykład z życia:
Normalna rodzina. Mąż, żona, dwójka dzieci. Na pozór normalna rodzina. Na pozór szczęśliwe dzieci. Uśmiechnięte, ale skryte, wystraszone. Na pierwszy rzut oka, wydają się nieśmiałe. Mama unika kontaktu z ludźmi. Nikt sie nie wtrąca, nikt nie reaguje.
Ojciec nie bije żony. Bije dzieci. Karze ich za wszystko, bo tak podobno powinno się robić. Dzieci są bite non stop. Być może nawet nie wiedziały, że można inaczej. Do czasu. Kiedyś dziecko trafia do szpitala, a mama nie wytrzymuje i opowiada wszystko w szpitalu. Potem policja, sąd. Wyrok. Więzienie. Dziś od tego czasu minęło 5 lat.
Ale dzieci nie zapominają.
Czasami mijam ich na ulicy.
Wydają się szczęśliwe, ale na pewno nie zapomną tego co przeżyły.

Ta mama zareagowała. Dlaczego jednak tak późno? Jeśli ktoś mi powie ze strachu, to ja pytam: przed czym? Ze strachu, to powinna zareagować od razu. Być może te dzieci dziś miałyby inne wspomnienia. Ale czasu się nie cofnie.

Często jest też niestety tak, że wiemy o krzywdzie innych dzieci, że my nie jesteśmy mamami, babciami, a osobami obcymi. Nie reagujemy, bo się boimy, albo nie chcemy się wtrącać.
Błąd!
Nie można nie reagować jeśli chodzi o przemoc.
Bicie jest przemocą. Każde bicie. A wystarczy czasami jeden telefon, rozmowa...

Dzieci można naprawdę wspaniale wychować bez bicia. Ba! dzieci trzeba wychować bez przemocy. Bo powiedzcie: co da klaps? Dla nas to klaps, dla dziecka to bicie. Jeżeli dziecko zrobi źle, a my je uderzymy, uczymy je tym samym, że jeżeli ktoś zrobi coś źle/jest nierzeczny, można go bić. Nawet trzeba, bo przecież jesteśmy autorytetem naszych dzieci, więc jeśli my coś robimy, one myślą, że to jest właściwe, że tak trzeba. Bicie nie uczy niczego dobrego. Uczy tylko samych złych rzeczy.
A przecież można inaczej. Można usiąść i wytłumaczyć spokojnie dziecku co nam się nie podoba w jego zachowaniu i dlaczego.
POROZMAWIAĆ, nie bić!
Bicie nic nie da.
Nigdy.
Przemoc uczy przemocy. Nic poza tym. 

Reagujmy!
Nie pozwólmy innym krzywdzić dzieci!




Akcja blogerów została objęta honorowym patronatem Pana Marka Michalaka – Rzecznika Praw Dziecka oraz patronat medialny Mama moja

niedziela, 16 listopada 2014

Mama dumna jak paw!

Dziś rozmawiałam z moją Mamą.
Kiedy miałam 3 latka - zmarł mi dziadek. Zginął tragicznie, wypchnięty z pociągu.
Mimo, że byłam mała - pamiętam Go.
Uwielbiał mnie (podobno) i ja Go również.
Pozwalał mi na wszystko. 
Kiedy miałam rok, mówił, że jestem bardzo mądrym dzieckiem. Zachwalał mnie non stop. "To niemożliwe, że tak małe dziecko jest takie mądre. Nie wiem, co z Niej wyrośnie, ale jest za mądra" - dziś mama mi to powiedziała. Tak powiedział On.
Uśmiechnęłam się. 
Mama mówi, że my - dziadkowie i rodzice odbieramy każde osiągnięcie naszych pociech nadzwyczajnie, cieszymy się tym i w przeciwieństwie do ludzi obcych uważamy to za coś wyjątkowego.
Codziennie, wracając z pracy słyszę, jaka Julia jest mądra. 
Codziennie.
I cieszy mnie to.
Kilka dni temu siostra z uśmiechem opowiada, jak to Julia zabrała mamie ściereczkę i "myła" podłogę w całym domu. Opowiada, jak to idzie wyrzucić pampersa mówiąc "pe".
I takich przykładów są tysiące.
Codziennie od Mamy i siostry słyszę, jaka to Julia mądra.
Jak dużo umie, rozumie, jak naśladuje nas.
Słysze, że dużo mówi, jak na swój wiek.
I cieszy mnie to - oczywiście.

I tak sobie myślę, że to normalne. Ta radość nasza.
Taka szczera. 
Prawdziwa.
Bo przecież my - rodzice/dziadkowie/ciocie/wujkowie, widzimy przecież wszystko inaczej niż ludzie obcy, prawda? Mnie cieszy słowo mama, inni powiedzą: a czym się kobieto zachwycasz? Każde dziecko w tym wieku to mówi! Może. I pewnie tak jest, ale TO dziecko mówi TO słowo do mnie. I mnie zachwyca. Właśnie to. Mała rzecz, a cieszy.
I jeśli ja ciesze się tym, że moje dziecko zaczyna chodzić, to cieszy mnie to, bo to moje dziecko zaczyna chodzić. Moje. I właśnie to jest dla mnie takie fajne. Bo ja widzę ten uśmiech na Jej twarzy, kiedy wstaje sama, widzę ten śmiech, kiedy idzie, jeszcze nie sama, ale prowadzana. I ktoś będzie chciał zaraz tę radość przyćmić, pisząc: w tym wieku dziecko powinno chodzić, a nie uczyć się! 
A ja się z tym nie zgodzę. Bo dla mnie nie ważne są statystyki. Dla żadnej mamy chyba. Bo nie ważne, że czyjeś dziecko już chodzi, dla mnie ważne jest to, że moje próbuje. Bo mnie cieszą osiągnięcia mojego dziecka.
I nawet jeśli ktoś czytając, stwierdzi, że chwalę się to tak nie jest. Ja po prostu ciesze sie szalenie z osiągnięć - pewnie małych, nic nie znaczących dla innych, ale dla mnie niesamowicie ważnych. A zwłaszcza ważnych dla mojej córki, która przecież uczy się tego świata! Która to przecież odrywa świat, a to odkrywanie daje jej tyle radości...

Uśmiecham się...

Mamy misia. Patrząc na niego widzę zwyczajnego misia. 
Julia, biorąc go w dłonie, dotyka paluszkami jego oczek, noska,paluszkiem dotyka guziczka, uśmiecha się przy tym. Tak - dziecko dostrzega szczegóły, które dla nas są nie istotne, prawda?

I tak samo jest z nami. Mamy dostrzegają drobne osiągnięcia swych dzieci, które dla nich znaczą wiele. Dla ludzi innych to nic wielkiego.

Tylko nie rozumiem dlaczego zamiast się cieszyć z innymi, uśmiechnąć się, inni zaraz z zawiści takie Mamy opluwają jadem?
Tyle nienawiści i złości wyczytać można z komentarzy innych, którzy wmawiają innym chwalenie, chęć pokazania, że ktoś próbuje pokazać nam, że Jej dzieci są najlepsze.
A tak nie jest!
Jeżeli jakaż mama pisze o swoim dziecku same cudowne rzeczy to nie dlatego, że chce pokazać innym, że Jej dziecko jest najlepsze, a dlatego, że jako Mama tak po prostu uważa, że dla Niej jako Mamy Jej dziecko jest najważniejsze. I to przecież takie normalne.
Przecież ja nie będę pisać o tym, że czyjeś dziecko ładnie chodzi, skoro blog jest o mojej córce/o nas.
Piszę o nas.
Piszę dla nas.
Piszę na pamiątkę.

Czytałam ostatnio na innych blogach dużo smutnych komentarzy, których nie rozumiem. 
Czy to takie złe, że Mamy piszą o swoich dzieciach coś dobrego?
Powinno nas to cieszyć!
Gdyby każda mama uważała swoje dziecko za najcudowniejsze i kochała go nad życie, w domach dziecka nie byłoby tyle dzieci! Nie byłoby tyle dzieci niekochanych! Nie byłoby tyle patologicznych rodzin!
Nie byłoby tyle zła...
Moze źle napisałam...
Gdyby każdy rodzic - mama czy tata, bez różnicy...
Tak - gdyby każdy rodzic swoja rodzinę uważała  za wyjątkowy dar, świat nie byłby tak zepsuty.
A my, zamiast cieszyć się, że szczęśliwych, kochajacych swe dzieci mam jest tak dużo, na siłę próbujemy to przekreślić, zepsuć.
Tylko dlaczego?
Z nienawiści? Zazdrości?
Po co?

Cieszmy się szczęściem innych dzieci!
Bo dzieci są najważniejsze!
Ich dobro, ich uśmiech, ich życie...
To ma sens, nic innego.

środa, 12 listopada 2014

Dziecko mi dorasta!

Taka jesień - to rozumiem!
Pogoda od kilkunastu dni cudowna, więc dziecko moje spaceruje ile się da!
Ja żałuję tylko, że beze mnie, ale cóż zrobić. 
Mój powrót do pracy odczułam chyba tylko ja. Julii u mojej mamy jest świetnie. I siostra i mama, dziecko rozpieszczają, noszą, bawią się non stop, więc dziecko w siódmym niebie.  Jak tylko wchodzimy, robi "papa" i mama przestaje istnieć. Nawet nie bardzo się cieszy, jak wracam.
Nie rozpaczam - szczęście dziecka ponad wszystko, a szczęśliwe jest! Widać!

A dziecko mi dorasta. 

Staje przy czym się da. I przy czym się nie da również próbuje. Niespecjalnie przejmuje się tym, że się przewróci, bo wie, że mama złapie.

Dużo mówi. I po swojemu i po "naszemu", np.:

- tata (kiedy wstaje, widząc Marcina, widząc Jego zdjęcia i kiedy mówię: wołamy tatusia)
- mama (przeważnie kiedy coś chce)
- da (kiedy coś chce, żeby jej dać)
- ma (kiedy czegoś nie ma)
- nie (to oczywiste)
- ta (tak)
- papa (kiedy się z kimś żegna, bądź ot tak sama z siebie, macha i mówi papa)
- baba
- cici, toto, (ciocia)
- mniam mniam (jak coś jej smakuje)
- ba (jak coś upadnie)
- be - jak coś jest brudne, albo jak leży na ziemi jakiś okruszek

Wszystko ją interesuje, wszystko chce dotknąć.
Cudownie jest być Mamą.
A dziecko moje już ma prawie rok...






wtorek, 4 listopada 2014

Czytaj dzieciom, bo warto!

Całkiem niedawno odbyła się kampania, pt: "Czytaj dzieciom, bo warto". Zaraz po niej miałam okazję rozmawiać na ten temat z kilkoma mamami, poczytałam komentarze w internecie i postanowiłam napisać.
Bo nieprawdą jest, że jeden wpis nic nie da! Zupełnie odwrotnie! Jeden wpis może wiele.
Zobaczcie: gdyby każdy z nas zabierał głos w każdej ważnej dla nas sprawie, moglibyśmy dużo - bardzo dużo.

Zatem...

Pamiętacie zapewne, jak na Dzień Dziecka moja 6-miesięczna wtedy Julia dostała ode mnie zestaw książek z serii: "Martynka". Nieco później do Jej kolekcji dołączyły książeczki z zestawu: Disney baby (wtedy i dziś bardziej dostosowane do Jej wieku). I niedawno dołączyła książka z serii Kubuś Puchatek. Niewiele póki co, ale z pewnością tych książeczek będzie więcej. Teraz obiecałam sobie powstrzymywać się przed zakupem kolejnych i czekać, aż dziecko podrośnie nieco.
Jednak mimo to, że moje dziecko jeszcze nie bardzo rozumie to, co jej czytam, zaczyna okazywać zainteresowanie. Nie do końca da mi przeczytać, bo koniecznie chce książeczki oglądać. I robi to pięknie. Chyba czas gryzienia mamy za sobą.
Bywa, że zajęta czymś, spojrzy i zauważy, że trzymam w dłoniach jej książkę i w mgnieniu oka, podchodzi, bierze książeczkę  ogląda, pokazując paluszkami poszczególne obrazki.
Liczę na to, że niedługo zacznie słuchać i sama domagać się, by jej czytać. 
I tu nie da się nie napisać: czytajmy dzieciom!
Przeczytanie choćby jednej bajki dziennie to naprawdę nie tak dużo czasu. Kilka/kilkanaście minut dla dziecka, kilkanaście minut w "innym" świecie, blisko z naszą pociechą i co najważniejsze - całkiem zdrowe. Wiadomo, że łatwiej włączyć telewizję i zamiast czytać, włączyć bajkę. Mamy przecież tyle bajek i niemal każdą książkę sfilmowaną. Łatwiej.
Jednak, to nie to samo.
Już pomijając to, że szkoda oczu dziecka, to szkoda i czasu, który pędzi jak szalony i nim się obejrzymy nie będziemy mieli komu czytać. 
Jesteśmy zaganiani. Jednak ja zawsze mówię: jeśli kobieta (mama) ma czas na makijaż, kawę to na pewno znajdzie czas na czytanie. 
Poza tym, czytanie wciąga! Niesamowicie!
Ja, jako mama zachęcam każdego do czytania swoim dzieciom. Do zachęcania ich, by zamiast włączyć telewizor/komputer/tablet, sięgnęli po książkę. 
Badania potwierdzają, że dzieci, którym rodzice czytają, w wieku szkolnym znacznie mniej czasu spędzają przez urządzeniami elektrycznymi, niż dzieci, które od małego oglądają bajki w telewizji/komputerze.

Ten post mimo wszystko nie ma na celu zniechęcenie innych do telewizji czy komputera, bo sama, mimo, że czytać uwielbiam, lubię też oglądać filmy. Moje dziecko też bajki oglądać będzie. Post ten ma na celu pokazanie jednak i innej alternatywy.
Czytanie jest ważne.

Dlatego, warto pójść z dzieckiem do księgarni, pozwolić wybrać książkę, by w domu, wtulając się w naszą pociechę, oddalając od siebie wszelkie zmartwienia i inne sprawy, pochłonąć czas czytaniem...
Sam na sam z dzieckiem.
Te magiczne chwile zbliżają. Pokazują naszym dzieciom inny świat. Świat książek.
Dziecko większe z pewnością to wykorzystają i książki pokochają.

A ja na pytanie: czy warto czytać dzieciom, odpowiadam: absolutnie tak!

Kiedy przypominam sobie swoje dzieciństwo, pamiętam różowy pokoik, a na półkach mnóstwo książek. Uwielbiałam, jak mama mi czyta, uwielbiałam sama czytać i czytam do dziś.
To właśnie mama, zaszczepiła mnie miłością do książek. To ona nam je kupowała, czytała....
A książki towarzyszą mi non stop.

Dziś tę miłością pragnę zarazić moją córkę.

niedziela, 26 października 2014

Julinda chora :(

Pochwaliłam się, że dziecko mi nie choruje. 
Cieszyłam się - rzecz naturalna.
W poniedziałek jednak do pracy wróciłam.
A we wtorek Julia obudziła się rozgrzana, zmierzyłam gorączkę: 38.
I w tym momencie moja radość się skończyłam. Dziecko jednak spakowałam, do Mamy zawiozłam.
Mimo, że gorączkowała - wesoła była jak nigdy.
Do czasu.
W środę już nieswoja. Marudząca, jeść nie chciała nic, poza mlekiem, leków nie chciała (na gorączkę), więc poszliśmy do lekarza. 
Wirusowe zapalenie gardła. Możliwa trzydniówka, gardło w pakiecie, ale myślę sobie: weź się człowieku ogarnij, jaka trzydniówka, jak ma gardło chore? 
Leki. I tu zaczął się koszmar podawania leków. Julia po prostu nie chce ich. I nie ma sposobu. Tak, jak na początku podawałam aplikatorem, tak potem zaczęło się kombinowanie na wszystkie możliwe sposoby. Nie fajnie - zapewniam.
Piątek na szczęście bez gorączki, a wczoraj Julia obudziła się z wysypką.
Poczułam tak ogromną ulgę.
Telefon do lekarza. Zapewnił, że to trzydniówka. Gardło często idzie w parze z tym. 
I od wczoraj mamy krostki. 
Gorączki brak, ale moje dziecko nadal nie jest "moje". Chce być noszona, jak nie śpi, choć głównie śpi.
Oczywiście ja, w dobie internetu już wymyśliłam jej milion innych chorób, mylonych z trzydniówką. Nie omieszkam poinformować o tym lekarza, jeśli jutro wysypka będzie nadal.
Bo podobno po tym, jak gorączka znika powinnam mieć znowu wesołe dziecko. Nie mam.
Mam dziecko zmęczone, które najchętniej przeleżałoby cały dzień. 
Nie płacze, ale widać, że coś jej dolega.
A mi serducho pęka.
Chciałabym zabrać od niej tego wirusa! Niech już się nie męczy.

Mam nadzieję, że tym razem moja intuicja się myli, ale mam wrażenie, że coś jest nie tak.
Za długo to trwa.
A może po prostu gardło tak męczy?
Nic już nie wiem.

niedziela, 19 października 2014

Małe rzeczy

Jakiś czas temu Julia sama stanęła. Później zaabsorbowana raczkowaniem, nie próbowała ponownie stawania.
Do dziś. 
Standardowo klękała w łóżeczku. Kilka sekund i ... śmiech. Patrzę na Julię - ciekawa, co Ją rozbawiło, a Ona stoi.
I robi to non stop, śmiejąc się przy tym.
Rozkoszne.
I jeszcze coś. Radość w oczach Marcina. Jego głos wypełniony szczęściem, że to widział.
Pierwsze "podróże" na czworaczkach go ominęły.
Znieść nie mógł. Teraz Julia wybrała cudowny moment.
5 października stanęła pierwszy raz, dziś drugi, trzeci i kolejne...
Mała rzecz, ale jak cieszy! Ogromnie!
Miód na serce rodzica.

Małe rzeczy...
A przecież to one sprawiają, że nasze życie jest tak barwne, kolorowe. 
Doceniajmy te "małe" rzeczy. Cieszmy się nimi! Celebrujmy!
Życie przecież pędzi tak szybko...
za szybko...

Również dziś odwiedziliśmy Łódź.
Pierwszy raz we trójkę.
Lubię takie dni. Cieszę się nimi, a wieczorami wspominam, oglądam zdjęcia i razem z mężem przypominamy sobie najfajniejsze momenty.
Ten śmiech Julii w windzie w centrum handlowym - a ja bałam się, że będzie się bała.
To, jak zaczepia innych ludzi, śmiejąc się do nich, machając. I zadziwiające jest to, że inni się uśmiechają, nie tylko do Niej, ale i do nas. Mijając inne mamy - uśmiechamy się do siebie nawzajem. Fajne to. 

I tak dziś, siedząc z nimi, próbując zjeść jeszcze w miarę (wtedy) ciepły kawałek pizzy i wiedząc, że przecież mogłam jechać sama z mężem, zjeść spokojnie, pobyć sam na sam po raz kolejny stwierdziłam, że razem (z nimi) jest mi dobrze. I co z tego, że nie zjem ciepłego posiłku. 
To nic, że muszę zbierać to, co zdążyła porozrzucać próbując się bawić. To nic, że zamiast biegać po sklepach, wracaliśmy, bo dziecko już (po kilku godzinach) zmęczone. To wszystko nic!
Razem jest najlepiej! We trójkę. 
I na szczęście to nie tylko moje zdanie. 
Na moje "następnym razem jedziemy bez Julii" zaprotestował. A ja szczęśliwa dodałam, że właśnie to chciałam usłyszeć.
Teraz spoglądam na (jeszcze!!) moje dwa skarby, które szaleją, nic sobie nie robiąc z późnej pory i wiem jedno: rodzina to coś, co sprawia, że jestem spełniona.
Oni oboje wypełniają moje życie po brzegi radością.

Kocham Ich. 











Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie