sobota, 2 listopada 2013

Pierwszy fałszywy alarm...

Siedzę w domu, Mąż w pracy, a ja oglądam film. I nagle: skurcz. Ja przerażona (bo pierwsza ciąża, to nie mam pojęcia co to skurcz), brzuch twardy jak skała, po kilkunastu sekundach minęło. Kilka minut później znowu. I jeszcze raz. I następny. Mi łzy stanęły w oczach i mówię sobie: Boże, ja nie mam łóżeczka (zamówione, ma być po niedzieli). I wtedy przyszło mi do głowy, że to skurcze przepowiadające, bo jak to? Mam rodzić, jak nie ma łóżeczka? Tak - dokładnie tak pomyślałam. Pamiętam, jak lekarz mówił, że jak pojawią się skurcze, żeby chodzić, jeśli to przepowiadające to powinno mniej boleć, albo przestać. I tak zrobiłam... I minęło. Kładę się - znowu boli, wstaje - przestało. Kamień z serca, bo poza tym, że brak łóżeczka to Mąż w pracy - samochód na podwórku. Mąż w pracy to nie problem, ale...10 kilometrów pieszo do domu? to już mógłby być problem.
I teraz siedzę, brzuch pobolewa, ale powinnam już się przyzwyczajać, przeczucie (które mnie w ciąży nie myli) podpowiada, że córcia ułożyła się główkowo. To z kolei świadczy o tym, że rodzić będziemy naturalnie.
I jeśli skurcze przepowiadające są bezbolesne, jak wszędzie czytam, a te co ja miałam bezbolesne nie były to ja nie chcę póki co wiedzieć jak bolą te normalne.

Tak było w czwartek - dziś sobota i czuję się świetnie. Od kilku nocy - śpię! Córcia nie kopie już tak mocno jak wcześniej, czuję tylko przyjemne rozpychanie.
Miód na serce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie