niedziela, 24 listopada 2013

Magia świąt - wspomnienia

Mnóstwo papierów kolorowych, nożyczki, farby, kredki, mazaki, bibuła i wiele innych. Tak wyglądał stół mojej babci kilka dni przed Bożym Narodzeniem kiedy ja byłam małą dziewczynką.
Wszystkie święta spędzaliśmy u mojej babci. Ja już tydzień wcześniej przyjeżdżałam, by pomagać babci w przygotowaniach. Z wujkiem sami robiliśmy ozdoby choinkowe, nucąc kolędy. Koniecznie musiała być włączona kaseta z Nimi. Uwielbiałam słuchać, śpiewając, wiedząc, że święta za pasem.
Z babcią zawijałyśmy pierożki, czasami patrzyłam jak wujek oporządza karpia (ale to rzadko), robiłyśmy sałatki, piekłyśmy placki. Tak bardzo lubiłam te czasy, tak bardzo lubiłam pomagać.
Czułam tą magię w powietrzu, ten magiczny czas.
I wreszcie dzień wigilii. Rano ja z wujkiem szliśmy do lasu, zawsze mnóstwo śniegu było, zmarzłam nie jeden raz ale to nic, najważniejsza była choinka. Szukaliśmy tyle, aż znaleźliśmy tę najładniejszą. Wracaliśmy nucąc kolędy. Wujek ślicznie śpiewa. Ganialiśmy się, rzucaliśmy śnieżkami.
Potem ubieraliśmy choinkę. Wyglądała pięknie. Własnoręczne ozdoby miały jednak coś w sobie. Babcia do dziś ich ma, choć teraz większość zastąpiły już kupowane ozdoby.
Wieczorem, kiedy na Niebie zapaliła się pierwsza gwiazdka zasiadaliśmy za stołem - całą rodziną. Przeważnie było Nas około 15. Na początku wujek czytał fragment Pisma Św., potem łamanie się opłatkiem, życzenia i zaczynała się kolacja wigilijna. 12 potraw - jak nakazuje tradycja. Oczywiście w tle leciały kolędy, wspólnie śpiewaliśmy.
Po Wigilii babcia zabierała Nas do innego pokoju na chwilkę, a kiedy wracaliśmy pod choinką były prezenty. Dla dzieci - wielka radość.
Boże Narodzenie to dla mnie magiczne święta. 



A dziś pragnę tylko jednego - by moje dzieci kiedyś miały tak cudowne wspomnienia ze świąt jak ja.

czwartek, 21 listopada 2013

Ostatnie chwile...

Zamykam oczy, kładę rękę na brzuchu i napawam się ostatnimi chwilami, kiedy córcia jest we mnie...
Uśmiecham się, kiedy czuję cudowne rozpychanie...
Serce mi się śmieje, kiedy mała kopie.
Jeszcze niedawno tak mocno, teraz tak delikatnie, jakby wiedziała, że te mocniejsze ruchy bolą...
A już niedługo Ją przytulę, 
wycałuję, 
wyściskam (aczkolwiek delikatnie), 
spojrzę w maleńkie oczka i mimo, że nie będzie rozumiała powiem, jak bardzo kocham...
I kolejny raz zamykam oczy wsłuchana w najpiękniejszą melodię: bicie serduszka Julci.
I odliczam czas...
I czekam, bo tylko to mi pozostało...

wtorek, 12 listopada 2013

Toż to prawie grudzień!

Kilka dni temu robiłam zakupy. Rzecz naturalna! Pojechałam i dziś. Wchodzę do sklepu, a tam "uśmiechają" się do mnie ozdoby świąteczne. A ja jak głupia stanęłam przed regałem i się w nie wpatrywałam. I wcale nie chodzi o to, że były piękne, bo nie były. Po prostu patrząc na nie dotarło do mnie, że już niedługo, już prawie, już za momencik grudzień i święta.
Jeszcze do dziś nie myślałam o tym w ogóle, a od kilku godzin myślę bezustannie. To będą nasze pierwsze święta we trójkę. Pierwsze, kiedy będziemy ubierać choinkę przy śpiącej córci. Czuję, że będą wyjątkowe i już doczekać się nie mogę. 
Ale, zanim przyjdą święta...
...zanim przyjdą - najważniejsze to: narodziny córci.

Dziś kolejna, może ostatnia wizyta u lekarza za mną. Wyszłam lekko zestresowana. Córcia tak jak sądziłam ułożyła się główkowo czyli: rodzimy naturalnie. Jednak co mnie lekko zaskoczyło? Waga małej, bo według USG mała dziś waży 3600. Przyznam, że w szoku jestem, bo byłam pewna, że mniej, tym bardziej, że od ostatniej wizyty przytyłam tylko 1 kg, a córcia 1,5? Dziwne... wiem, że te pomiary są orientacyjne i nie ukrywam, że wolałabym, by kruszynka miała mniej. Ponoć mniejsze dziecko: łatwiejszy poród.
Szyjka jest miękka, skróciła się. Lekarz mówi, że szanse, że za 2 tygodnie się spotkamy są minimalne, bo jego zdaniem w ciągu tygodnia powinnam urodzić.
I dziś z mężem pojechaliśmy wybrać wózek: wybrany, zaliczka jutro "się zawiezie" i pierwszy pojazd córci będzie czekał na nią w sklepie. 
Przyjechało do nas tez łóżeczko, póki co leży w kartonie, ale skoro już jest, jestem spokojna i mogę rodzić.

W takim razie: czekamy.

piątek, 8 listopada 2013

Do Ciebie córeczko...

Kiedyś byłaś tylko marzeniem - tak odległym jak gwiazdy, księżyc, a nawet słońce...
jednak kiedy przychodziła noc, a ja spoglądałam w niebo widziałam gwiazdy, które pięknie migotały, księżyc uśmiechał się do mnie, a rankiem słońce zaglądało przez okno i pokazywało, że mimo, iż jest bardzo daleko to jednak jest, ogrzewa mnie...
I ono było nadzieją - świeciło, nawet jeśli w nocy nie było gwiazd.
Z czasem stałaś się pragnieniem tak silnym, że nie myślałam o niczym innym, a tylko o tym, byś zaistniała.
I wtedy stał się cud - nie pojawiłaś się od razu, ale wtedy, kiedy Ty chciałaś...
Do dziś pamiętam te magiczne 2 kreski, które zobaczyłam dokładnie pierwszego dnia wiosny.
Nadeszłaś wraz z wiosną. Wszystko budziło się do życia. Czy mogłaś wybrać sobie lepszy moment?
Wtedy zrozumiałam, że wszystko ma w życiu sens...
I wtedy z marzenia stałaś się realna. Zobaczyłam Cię na USG, usłyszałam Twe maleńkie serduszko, które biło jak szalone, a po kilkunastu tygodniach namacalnie dałaś znać, że jesteś - swoimi ruchami.
Nie ma nic cudowniejszego. 
Nie ma nic bardziej wzruszającego.
Córeczko - dziś dokładnie minęło 37 tygodni od dnia, kiedy się pojawiłaś, a od 233 dni wiem, że jesteś we mnie...
Dziś kochanie jesteś gotowa, by przyjść już na świat. Jesteś bezpieczna. A my - rodzice i cała rodzina czekamy na Ciebie. Nie ma chwili mój Aniele, bym o Tobie nie myślała. Dziś jestem gotowa, by być Twoją Mamą i zrobię wszystko, bym była tą najlepszą.
Z niecierpliwością czekam na Ciebie.
Kocham Cię - Mama.

sobota, 2 listopada 2013

Pierwszy fałszywy alarm...

Siedzę w domu, Mąż w pracy, a ja oglądam film. I nagle: skurcz. Ja przerażona (bo pierwsza ciąża, to nie mam pojęcia co to skurcz), brzuch twardy jak skała, po kilkunastu sekundach minęło. Kilka minut później znowu. I jeszcze raz. I następny. Mi łzy stanęły w oczach i mówię sobie: Boże, ja nie mam łóżeczka (zamówione, ma być po niedzieli). I wtedy przyszło mi do głowy, że to skurcze przepowiadające, bo jak to? Mam rodzić, jak nie ma łóżeczka? Tak - dokładnie tak pomyślałam. Pamiętam, jak lekarz mówił, że jak pojawią się skurcze, żeby chodzić, jeśli to przepowiadające to powinno mniej boleć, albo przestać. I tak zrobiłam... I minęło. Kładę się - znowu boli, wstaje - przestało. Kamień z serca, bo poza tym, że brak łóżeczka to Mąż w pracy - samochód na podwórku. Mąż w pracy to nie problem, ale...10 kilometrów pieszo do domu? to już mógłby być problem.
I teraz siedzę, brzuch pobolewa, ale powinnam już się przyzwyczajać, przeczucie (które mnie w ciąży nie myli) podpowiada, że córcia ułożyła się główkowo. To z kolei świadczy o tym, że rodzić będziemy naturalnie.
I jeśli skurcze przepowiadające są bezbolesne, jak wszędzie czytam, a te co ja miałam bezbolesne nie były to ja nie chcę póki co wiedzieć jak bolą te normalne.

Tak było w czwartek - dziś sobota i czuję się świetnie. Od kilku nocy - śpię! Córcia nie kopie już tak mocno jak wcześniej, czuję tylko przyjemne rozpychanie.
Miód na serce.

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie