poniedziałek, 28 października 2013

Gorąco!

Jestem zmarzluchem... Wróć - byłam! Byłam do czasu, aż zaszłam w ciążę. I jeśli początkowo nie było dużej różnicy w tym, jak ja odczuwam temperaturę, a jak inni - teraz jest.
Rok temu uwielbiałam siedzieć w domku, temperatura około 23 - 24 stopni, a ja czułam się idealnie. Zapomniałam dodać, że teściowie moi uwielbiają ciepło, dla mnie bomba! Również uwielbiałam. 
Teraz teściowie nadal je uwielbiają, Mąż lubi, a ja się duszę. 
I tak kilka dni temu na dworze wiało bardzo, w domu 24 stopnie - ratunku!! Okno otworzyłam i siedzę, zamknęłam oczy i napawam się zimnem (jakkolwiek to brzmi) i z uśmiechem patrzę, jak wiatr, wdzierający się do pokoju rozwiewa mi włosy... Zrobiło się chłodniej - nawet ja poczułam i wtedy - bum! Wchodzi mąż, oczy wytrzeszcza, patrzy i nic nie mówi... Podchodzi do okna, zamyka je, całuje w czoło i wychodzi... Stwierdził zapewne, że zwariowałam, a ja zapomniałam zapytać wtedy czemu nic nie mówi. I tak jest codziennie... Wieczorem, ja otwieram okno - On marznie i nie rozumie, że na dworze gorąco.
Teraz jest podobnie... Siedzę przy otwartym oknie i się chłodzę. Zanim Marcin wróci zdążę zmrozić pokój i oczywiście powiem, że pojęcia nie mam czemu tak się wychłodziło - być może uwierzy, jeśli stwierdzę, że zima idzie :) Tylko jak wytłumaczyć, że tylko w naszym pokoju tak przyjemnie chłodno?
I kilka dni temu pojechałam w odwiedziny do Anetki. Idziemy na spacer. Ja bluzeczka cienka jedna, na to rozpięta kurtka - nie krzyczeć, bo się nie dopina. Ona - 2 bluzki, podkoszulka i kurtka i twierdzi, że zimno. I idziemy, ona otulona, ja zadowolona, że tak fajnie, ale i tak mi gorąco było. Nawet do głowy przyszło, by kurtkę zdjąć, ale zaraz wyobraziłam sobie jej minę, krzyki i zrezygnowałam.
I tak tylko liczę na to, by po porodzie móc normalnie czuć ciepło i zimno, bo w przeciwnym razie, na spacery małą ubierać będzie mąż.
Kiedyś powiedziałabym: kocham ciepło, teraz powiem: lubię, jak jest chłodno :)

sobota, 26 października 2013

+/- 5 tygodni

Mniej więcej 5 tygodni zostało do porodu. Teoretycznie - bo kiedy nasza mała ma zamiar pojawić się na świecie - wie tylko ona. Jeszcze 2 tygodnie temu powiedziałabym: niech się nie spieszy (bo tak bałam się porodu). Dziś odliczam tylko dni do 37 tygodnia i mam nadzieję (jakkolwiek to brzmi), że urodzę przed planowaną datą porodu. 
Nie mogę powiedzieć, że się nie wysypiam, bo prawie nie śpię, więc dziwne by było stwierdzenie, że spać mi się chce - ostatnio jestem chodzącym zombie. O ile uda mi się usnąć około północy to około 2 punktualnie codziennie się budzę i leżę kilka godzin. I przekręcam się z boku na bok, przy czym wszystko mnie boli. W dzień też próbuję spać, ale w ogóle mi niewygodnie.
O ile uda mi się zapomnieć, że potrzebuję snu - odzywa się mój kręgosłup, który najbardziej lubi, jak leżę na plecach, a tu z kolei pojawia się problem, bo na plecach trudno mi oddychać. Także ostatni miesiąc zaczyna mi się ciężko - mam cichą nadzieję, że mała nie urodzi się po terminie.
A co na to córcia? A ona nic sobie z tego nie robi, bo kręci się jak szalona. Mam wrażenie, że mój brzuch zamieszkuje nie jedno, a przynajmniej kilka dzieci i się zastanawiam coraz częściej czy mój lekarz oby na pewno żadnego nie przeoczył? No bo skoro wyraźnie czuję jak kopie w lewym boku, a zaraz potem na dole i w tym samym momencie w prawym, to jak to nazwać? Nawet próbowałam sobie wymacać jak mała jest ułożona... cóż... wyszło na to, że główkę miała z lewej strony brzucha, ale już sekundę później z prawej, po czym w mgnieniu oka skoczyła na dół. I nadal mam sądzić, że mam jedno dziecko? :)
I o ile te ruchy czasami są najcudowniejsze, bo delikatne i rozpływam się nad nimi, to chwilę później mam wrażenie, że córcia rozrywa mi brzuch, bardzo się rozpycha, zwłaszcza na boki.
 
 
 
A brzuszek od jakiś 2 tygodni nie zmienia swojego rozmiaru i cały czas ma obwód 98 cm - od początku ciąży powiększył się o 36 cm.
Generalnie nie przeszkadza mi aż tak, pomijając chwile, kiedy wpadnę na pomysł, by wyjść na dwór i założyć adidasy - sznurowane! To dopiero wyzwanie!
A poza tym - jestem przeszczęśliwa i czekam na Julcię. Marcin również - uwielbiam jak przytula się do mnie, całuje brzuszek, mówi do niego... a najbardziej podoba mi się, jak przykłada detektor i słucha bicia serduszka... będzie mi tego brakowało, ale i tak z niecierpliwością czekam na rozwiązanie.

wtorek, 15 października 2013

33 tydzień ciąży

Kolejna wizyta u lekarza za nami. Pan doktor zapewnił, że na 100% będzie dziewczynka. Twierdzi, że rękę sobie da uciąć, a że ta mu z pewnością w tym zawodzie potrzebna - wierzę mu. Zresztą innej opcji nie brałam od początku pod uwagę - czułam i wiedziałam, że będzie córcia.
33 tydzień ciąży
spodziewany termin porodu: 29 listopada (czyli tak, jak według OM)
waga dziecka: 2100 
ułożenie: miednicowe (bądź pośladkowe, jak kto woli)
No i córcia nam się przekręciła o 180 stopni od ostatniej wizyty. I jak to lekarz powiedział: albo się przekręci jeszcze albo nie. Dziwne... sama nigdy bym na to nie wpadła! :) Co ja sądzę? Lekko mnie to zszokowało, bo... nastawiona byłam na poród siłami natury, teraz mi mówił o cesarce, a prawda jest taka, że dopiero na następnej wizycie się dowiem co i jak i przez 3 tygodnie muszę żyć ze świadomością: nie wiem na co się nastawiać. Zresztą - co ma być to będzie.

środa, 2 października 2013

Dziś się wyśpię :)

Julcia kopie jak szalona - nieustannie, mam wrażenie.I kolejny raz spróbowałam liczyć te ruchy. Mówię sobie: siedzę w domu, a co! Policzymy... i tak zrezygnowałam po kilkunastu sekundach, bo nie wiem kiedy kończy się jeden ruch, a zaczyna drugi i czy w ogóle od ostatnich 15 minut zaczął się następny czy nadal to ten jeden? :)

Niedawno też zapytała koleżanka jak mi się sypia i czy nie mam problemów z zaśnięciem - nie mam. No bo jak można mieć skoro prawie w ogóle się nie śpi? Wyczytałam, że najlepiej spać na lewym boku i się kładę, ale po kilku minutach stwierdzam, że serce dziwnie mi bije, więc leżę na plecach - źle się oddycha, na prawym boku mi niewygodnie, więc próbuję od nowa.... i po kilkunastu próbach stwierdzam, że nie usnę. A nawet jeśli jakimś cudem mi się to uda, to bardzo szybko się budzę, bo muszę do WC i wracam i znowu to samo. A kiedy wreszcie usnę to trzeba wstać, bo 9 na zegarku. I mąż herbatę stawia na stoliku, a ja grzecznie piję i z uśmiechem witam kolejny dzień. I obiecuję sobie, że ... "dziś się wyśpię".



Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie