piątek, 5 kwietnia 2013

Pyszne ananasy

Kilka dni temu kupiłam sobie ananasy w puszce. Uwielbiam. Taką miałam na nie ochotę, że w sklepie nawet nie zwróciłam uwagi, że nie wszystkie da się otworzyć samemu, a do niektórych trzeba użyć otwieracza. Pech chciał (albo moja nieuwaga), że wybrałam ten drugi rodzaj. I pędzę do domu. Mąż w pracy, a ja sobie myślę: zjem sama, a co! I wyjmuję puszkę patrzę i ... zonk!
Otwieram jedną szufladę, drugą i nie ma otwieracza. No nic - dam sobie radę stwierdziłam ( o jakże się myliłam). Znalazłam otwieracz do butelek i próbuję tamtym. Próbowałam wbić jakoś jeden koniec, potem drugi...po chwili dorwałam korkociąg, potem widelec (?!?!) i na końcu nóż... A potem się poddałam...
I zła patrzyłam na tę puszkę wyzywając ją w myślach i siebie zarazem za nieuwagę w sklepie. I wzięłam ja książkę, położyłam się i czytam. 
Po jakimś czasie wrócił Mąż. Patrzy i mówi: "ooo ananasy kupiłaś" - "mhm" - odpowiadam nadal zła na siebie. "Otwierałaś?" pyta jakby to było tak banalne. Powiedziałam, że jak chce to niech otworzy, a jak nie to niech schowa. Przecież nie powiem, że prawie godzinę próbowałam się do nich dostać. I wziął On jeden z przyrządów, których i ja używałam, spojrzał na puszkę - uśmiech i spojrzenie na mnie. No co?? Moja wina, że trochę "podziurawiona"? I w ciągu kilkunastu sekund puszkę otworzył. Ja wytrzeszcz oczu... szczęka uderza o podłogę i pytam ja siebie: jak to tak może być? Ja się biedna męczę, a On to zrobił jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Ale! Najważniejsze, że zjadłam kilka ananasów i nie ważne, że kilka godzin później... Zjadłam... :) 
Miałam ochotę kupić kokosa, ale to nie na moje nerwy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie