środa, 6 marca 2013

Chory facet

Pierwszy zachorował teść, potem brat Męża, zaraz później teściowa, a od wczoraj chory jest Mąż. Kaszle, kicha, a termometr uparcie wskazuje ponad 39 stopni.
Dla mnie chory mężczyzna = koniec świata.
Mąż nie jest "łatwy w obsłudze" kiedy łapie Go przeziębienie, bo robi się marudny. A w poniedziałek prosiłam - nałóż czapkę, bo wieje - nie, bo ciepło. I prosiłam, zostaw tą ziemię (bo poszerzał rów) - jeszcze zdążysz - nie, bo musi dziś. No i ostrzegałam, że chory będzie, bo spocony robił i robił. No i wczoraj już rano katar się pojawił. A wieczorem, z pracy wrócił ledwo żywy i się zaczęło. Trzeba zmierzyć temperaturę. No i jest 38,8 więc tragedia, bo On na pewno umiera. Febrisan do picia zrobiłam, okłady na głowę też, ale On chce pić. I pić zrobiłam. A jak zrobiłam, zdanie zmienił. To może jeszcze jeden okład? Też zrobiłam, a jakże! Gorączka spadła po godzinie tak jak myślałam, ale Mąż uparcie mi wpiera, że niemożliwe. I kicha i kaszle i powtarza raz po raz, że nie jest z Nim najlepiej. Ale usnął...
A dziś rano herbatkę zrobiłam, bo prosił. I leki podałam i gorączkę zmierzyłam - nie miał. I poprosiłam, by dzień wolny sobie zrobił i pewna byłam, że w domu zostanie. Bo najlepiej się wygrzać. Ale nie - uparty Mąż do pracy poszedł. I się zaczęło. SMSów kilka z prośbami co mu kupić. Na kaszel lek, na katar i gorączkę, bo ma na pewno 40 co najmniej i coś od przeziębienie i banany, jogurt - bo trzeba zdrowo się odżywiać. 
A ja? Żona kochająca zachcianki Męża spełnia, bo jakie ma wyjście? I mimo, że wiem, że przesadza to jednak lubię się nim opiekować w takich dniach. Nie bez powodu się mówi, że faceci chorować nie umieją. A teraz czekam na Niego, aż wróci i znowu przytulę, wyściskam i będę leczyć...
I patrzeć na Niego jak usypia, jak oddycha, jak otwiera jedno - zaspane oko zerkając na mnie i upewniając się, że na Niego patrzę, po czym uśmiechając się - zaśnie...
To jego marudzenie podczas choroby jest w pewnym stopniu słodkie, a ja czuję się potrzebna, choć i tak się czuję :)
Miłej nocy, a ja uciekam do mojego Męża czynić czary i uzdrowić :)

sobota, 2 marca 2013

(nie) taka banalna rzecz ;)

Z serii: blondynka w kąpieli :)
Postanowiłam się ja wykąpać. Ot tak - banalna rzecz. I się zabrałam za szykowanie, bo nagle ręcznika nie ma, szlafrok gdzieś się zapodział... No, ale wreszcie wchodzę do łazienki, odkręcam wodę, leje się i coś mi dziwnie zimno - ale jak to? Ani para z wody nie leci, ani nic... I klops! Nie ma ciepłej wody. No, ale mówię sobie: i tak się wykąpię! Wody w czajnik nalałam, podłączam go i czekam... Potem jeszcze raz zagotowałam i jeszcze... I wreszcie wchodzę do wanny z ciepłą wodą i stwierdzam, że nie mam olejku do kąpieli, który to stoi sam w pokoju na komodzie, bo naszykowałam go, ażeby użyć. I cóż... Wołam ja męża, ale nie słyszy... No i idę... Ubrałam się, wchodzę do pokoju i (???) - nie ma. Ale jak to?? Wracam do łazienki, otwieram szafkę, patrze i... płyn jest... Żesz!!
W międzyczasie wchodzi Mąż, po wodę do kwiatków. Odkręca kran i mówi: "ciepła woda do kwiatków to nie bardzo?" No nie, nie bardzo... Nalał zimnej i poszedł... A ja leżę, leżę i myślę: ale, że jak ciepłej? Przecież ciepłej nie ma... Odkręcam kran po raz drugi i woda ciepła jest. Ba! Ona jest gorąca, co by nie powiedzieć, że parzy! I teraz dylemat czy: woda ot tak, w ciągu 15 minut zrobiła się ciepła czy ja po prostu odkręciłam nie ten kurek co trzeba?
I z ciężkim sercem śmiem stwierdzić, że chyba to drugie.
Szczęście, że nikt nie widział.
A jakby ktoś chciał wiedzieć, to kąpiel zakończyła się sukcesem, a jakże!

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie