piątek, 27 grudnia 2013

Mam już miesiac!

Pierwszy miesiąc minął i Julia nie jest już noworodkiem. Mniej już śpi w dzień, a w nocy przesypia 5 godzin - ku zadowoleniu rodziców. Zmienia się z każdym dniem, coraz więcej rzeczy dookoła ją interesuje, rozgląda się - przygląda się osobom, które ją trzymają na rękach. Uśmiechać się jeszcze świadomie nie uśmiecha - czekamy na ten pierwszy uśmiech z niecierpliwością.
Nie lubi leżeć długo, najlepiej czuje się przy maminym cycu bądź na rękach. Tatuś córcię nosi, kołysze, córcia zadowolona jest wtedy - a kto by nie był!
 
No i od kilku dni córcia śpi, ale tylko jak ma cyca w buzi - szczęście, że tylko w dzień, bo o dziwo w nocy jej nie przeszkadza jego brak i pięknie 5 godzin przesypia. W dzień się mama namęczy, bo i ręce i cyce bolą, ale... Tak się dziecię nauczyło, a ja co zrobię? Nic - karmię. A wygląda to tak: mała rano wstaje, chwilkę poleży i chce jeść, więc daję. Jak jest najedzona już i chce jej się spać zaczyna się koncert, dziecię w płacz i jeść się domaga, cyca dostaje i zasypia w mgnieniu oka - chwilę ssie, a potem sobie trzyma, jak wyciągnę to płacz, więc daję... I siedzimy sobie tak. Żeby nie było - dziś sama przespała łącznie godzinę. A i teraz śpi godzinkę, bo po 15 minutach prób zmęczone dziecię zadowoliło się smoczkiem. Mama też coś jeść musi, pokarm sam się nie zrobi - z niczego, prawda?
 
 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Czasie - dokąd tak pędzisz??

Nasza kruszynka ma już prawie 3 tygodnie i powoli przestaje być maleńką kruszynką. W nocy ślicznie nam śpi z jedną, czasami dwiema przerwami - co mniej więcej 4 - 5 godzin, a w dzień przestaje już budzić się na jedzenie i usypiać, bo woli sobie poleżeć i pooglądać świat :)
Wieczorem, kiedy włączymy lampki na choince może z pół godziny leżeć i patrzeć na nie. 
 
Wspomniałam, że początki były trudne i ciężkie, ale to tylko ze względu na mnie i to, jak się czułam.  Poród, jak pisałam wspominam okropnie, bolało bardzo, pewnie też dlatego, że był wywoływany i nawet położna mówiła, że wtedy boli bardziej. Położną przy porodzie miałam cudowną, lepszej nie mogłam sobie wymarzyć, a i tak mnie wychwaliła, że jej słuchałam, że byłam spokojna i ładnie parłam. W szpitalu drugiego dnia czułam się lepiej, a po powrocie do domu - koszmar. Nie mogłam wstać, przekręcić się na bok, o siadaniu nie wspomnę. W nocy, jak karmiłam małą i wstawałam, żeby ją podnieść - płakałam z bólu. Marcina nie budziłam, bo to się mijało z celem, skoro ja i tak nie spałam, bo karmiłam, to chciałam, by chociaż on się wyspał. Później już sam wstawał i ją brał. I właśnie wtedy moje postanowienie sprzed zajścia w ciąży, że dziecko nie będzie ze mną spało przestało mieć sens, bo za nic w świecie nie wstałabym do małej do łóżeczka, a tak miałam ją pod ręką. Drugi powód - niestety należę do tych matek, które jak nie widzą swojego dziecka to zaraz sobie wyobrażają, że się dusi, krztusi, itp... Przechodzi mi to powolutku - na szczęście. A to wzięło się z tego, że w szpitalu w nocy małej się ulało tak, że zaczęła się krztusić i teraz się boję...
 
 Teraz jest lepiej - o wiele! Ja czuję się lepiej, a Julia chyba to wyczuła, bo w dzień coraz mniej śpi. Ale nie to, żebym ja miała czas na odpoczynek, o nie! Julcia uwielbia ssać i ssie - domaga się tego, nawet kiedy nie jest głodna. I ja nie mam wyboru - cyca daję, ale zauważyłam, że od kilku dni mała ssie nawet jak jeść jej się nie chce, a potem wymiotuje. Kiedy cyca zabiorę - płacz i wtedy postanowiłam dawać smoczka. Wolę, by go ssała, niż żeby wymiotowała. Widocznie ma potrzebę ssania i nie mam na to wpływu, a żadna matka nie chce słuchać płaczu swojego dziecka. A i to (ssanie smoka) na szczęście tylko w dzień się zdarza - w nocy śpi ładnie. Nagrałam filmik, bo chciałam pokazać, że Julia smoka nie lubi - ssie tylko jak naprawdę bardzo płacze, bo jak jest spokojna i jej dam to wypluwa i się krzywi, ale nie wstawię, bo po ponad godzinie czekania aż się naładuje - zrezygnowałam.
 
Za nami pierwsza wizyta w przychodni. W równiutkie 2 tygodnie Julcia przybrała na wadze 580 gram - ponoć sporo. 
W sobotę odpadł wreszcie pępuszek, a wczoraj (tj.niedziela) Julcia pierwszy raz została na godzinkę sama z babcią, bo rodzice pojechali szukać sali na chrzciny.
A poza tym - córcia skradła nam serca. Ja - dumna mama nie mogę wyjść z podziwu jakaż ona jest cudowna.
 
 A co umie już nasz mały skarb?
- położona na brzuszku trzyma główkę kilka sekund w górze
- uśmiecha się, aczkolwiek nieświadomie
- potrafi śmiać się w głos, ale tylko podczas snu - cudowne uczucie
- uwielbia, jak tatuś ją nosi na ramieniu, u mnie się kręci i marudzi...
 



 

piątek, 13 grudnia 2013

2 tygodnie minęły

Jak to jest być mamą? To tak - jakby Twoje serce biło tylko dla tej małej istotki...
to tak, jakbyś odkryła po co żyjesz...
bycie mamą to sens życia
Córcia skończyła 2 tygodnie - ależ zleciało. Z każdym dniem jest coraz większa, zmienia się z wyglądu ciągle.
Ja się napatrzeć na nią nie mogę. Dotykam, głaskam, tulę i ciągle mi mało.  
 
Bałam się, że nie am sobie rady, że nie będę umiała się nią zająć - miał rację ktoś, kto powiedział, że swoim dzieckiem mama zająć się umie. Nie ma nic prostszego. Nie ma nic przyjemniejszego - nic cudowniejszego, bo wiesz, że ten mały cud jest całkowicie od nas zależny... 
 




 

czwartek, 5 grudnia 2013

4 dniowy cud

Dziś Julcia skończyła 4 dni.
Jest... dla mnie - zachwycająca...
Rozpływam się, patrząc na nią.
I jak większość osób po narodzinach dziecka zadaję sobie pytanie: jak ja mogłam bez niej żyć? 
 

 

wtorek, 3 grudnia 2013

Nasz czas...

Jak to się zaczęło?
Pierwsze skurcze poczułam w poniedziałek wieczorem - bardzo nieregularne, bo co godzinę, czasem 2. I szykowałam się spać, kiedy zobaczyłam, że plamię. Spanikowałam i do szpitala. Tam dowiedziałam się, że rozwarcie na 2 palce i stąd to plamienie. Zostawili mnie, aczkolwiek pani dr powiedziała, że pewnie wrócę do domu, bo to małe rozwarcie, chyba że coś się ruszy.
W nocy miałam skurcze co 20, 15 minut, a rano... zniknęły - ot tak. W dzień pojawiały się co jakiś czas, ale wciąż nieregularnie.
W międzyczasie lekarz mnie bada. Rozwarcie na 5 palców. Decyzja: jeśli samo się nie zacznie: rano dostaję kroplówkę na wywołanie. Julka w nocy spokojna, skurcze sporadyczne, a rano na porodówkę. Podali kroplówkę, czekam i nic... Rozwarcie na 7 cm, a ja nie miałam akcji porodowej.
O 8:10 dostałam  kroplówkę, o 8:25 pojawił się pierwszy skurcz - naprawdę bolesny, a o 9:50 urodziła się Julia.
Sam poród dla mnie był tragiczny. Wiedziałam, że będzie bolało, ale nie sądziłam, że aż tak. Cieszę się, że tak szybko urodziłam, bo gdyby to trwało dłużej nie wiem czy dałabym radę.
Kiedy mnie wywozili z porodówki pod drzwiami czekał już rozanielony Marcin. W córci zakochał się od początku...
 

 

niedziela, 24 listopada 2013

Magia świąt - wspomnienia

Mnóstwo papierów kolorowych, nożyczki, farby, kredki, mazaki, bibuła i wiele innych. Tak wyglądał stół mojej babci kilka dni przed Bożym Narodzeniem kiedy ja byłam małą dziewczynką.
Wszystkie święta spędzaliśmy u mojej babci. Ja już tydzień wcześniej przyjeżdżałam, by pomagać babci w przygotowaniach. Z wujkiem sami robiliśmy ozdoby choinkowe, nucąc kolędy. Koniecznie musiała być włączona kaseta z Nimi. Uwielbiałam słuchać, śpiewając, wiedząc, że święta za pasem.
Z babcią zawijałyśmy pierożki, czasami patrzyłam jak wujek oporządza karpia (ale to rzadko), robiłyśmy sałatki, piekłyśmy placki. Tak bardzo lubiłam te czasy, tak bardzo lubiłam pomagać.
Czułam tą magię w powietrzu, ten magiczny czas.
I wreszcie dzień wigilii. Rano ja z wujkiem szliśmy do lasu, zawsze mnóstwo śniegu było, zmarzłam nie jeden raz ale to nic, najważniejsza była choinka. Szukaliśmy tyle, aż znaleźliśmy tę najładniejszą. Wracaliśmy nucąc kolędy. Wujek ślicznie śpiewa. Ganialiśmy się, rzucaliśmy śnieżkami.
Potem ubieraliśmy choinkę. Wyglądała pięknie. Własnoręczne ozdoby miały jednak coś w sobie. Babcia do dziś ich ma, choć teraz większość zastąpiły już kupowane ozdoby.
Wieczorem, kiedy na Niebie zapaliła się pierwsza gwiazdka zasiadaliśmy za stołem - całą rodziną. Przeważnie było Nas około 15. Na początku wujek czytał fragment Pisma Św., potem łamanie się opłatkiem, życzenia i zaczynała się kolacja wigilijna. 12 potraw - jak nakazuje tradycja. Oczywiście w tle leciały kolędy, wspólnie śpiewaliśmy.
Po Wigilii babcia zabierała Nas do innego pokoju na chwilkę, a kiedy wracaliśmy pod choinką były prezenty. Dla dzieci - wielka radość.
Boże Narodzenie to dla mnie magiczne święta. 



A dziś pragnę tylko jednego - by moje dzieci kiedyś miały tak cudowne wspomnienia ze świąt jak ja.

czwartek, 21 listopada 2013

Ostatnie chwile...

Zamykam oczy, kładę rękę na brzuchu i napawam się ostatnimi chwilami, kiedy córcia jest we mnie...
Uśmiecham się, kiedy czuję cudowne rozpychanie...
Serce mi się śmieje, kiedy mała kopie.
Jeszcze niedawno tak mocno, teraz tak delikatnie, jakby wiedziała, że te mocniejsze ruchy bolą...
A już niedługo Ją przytulę, 
wycałuję, 
wyściskam (aczkolwiek delikatnie), 
spojrzę w maleńkie oczka i mimo, że nie będzie rozumiała powiem, jak bardzo kocham...
I kolejny raz zamykam oczy wsłuchana w najpiękniejszą melodię: bicie serduszka Julci.
I odliczam czas...
I czekam, bo tylko to mi pozostało...

wtorek, 12 listopada 2013

Toż to prawie grudzień!

Kilka dni temu robiłam zakupy. Rzecz naturalna! Pojechałam i dziś. Wchodzę do sklepu, a tam "uśmiechają" się do mnie ozdoby świąteczne. A ja jak głupia stanęłam przed regałem i się w nie wpatrywałam. I wcale nie chodzi o to, że były piękne, bo nie były. Po prostu patrząc na nie dotarło do mnie, że już niedługo, już prawie, już za momencik grudzień i święta.
Jeszcze do dziś nie myślałam o tym w ogóle, a od kilku godzin myślę bezustannie. To będą nasze pierwsze święta we trójkę. Pierwsze, kiedy będziemy ubierać choinkę przy śpiącej córci. Czuję, że będą wyjątkowe i już doczekać się nie mogę. 
Ale, zanim przyjdą święta...
...zanim przyjdą - najważniejsze to: narodziny córci.

Dziś kolejna, może ostatnia wizyta u lekarza za mną. Wyszłam lekko zestresowana. Córcia tak jak sądziłam ułożyła się główkowo czyli: rodzimy naturalnie. Jednak co mnie lekko zaskoczyło? Waga małej, bo według USG mała dziś waży 3600. Przyznam, że w szoku jestem, bo byłam pewna, że mniej, tym bardziej, że od ostatniej wizyty przytyłam tylko 1 kg, a córcia 1,5? Dziwne... wiem, że te pomiary są orientacyjne i nie ukrywam, że wolałabym, by kruszynka miała mniej. Ponoć mniejsze dziecko: łatwiejszy poród.
Szyjka jest miękka, skróciła się. Lekarz mówi, że szanse, że za 2 tygodnie się spotkamy są minimalne, bo jego zdaniem w ciągu tygodnia powinnam urodzić.
I dziś z mężem pojechaliśmy wybrać wózek: wybrany, zaliczka jutro "się zawiezie" i pierwszy pojazd córci będzie czekał na nią w sklepie. 
Przyjechało do nas tez łóżeczko, póki co leży w kartonie, ale skoro już jest, jestem spokojna i mogę rodzić.

W takim razie: czekamy.

piątek, 8 listopada 2013

Do Ciebie córeczko...

Kiedyś byłaś tylko marzeniem - tak odległym jak gwiazdy, księżyc, a nawet słońce...
jednak kiedy przychodziła noc, a ja spoglądałam w niebo widziałam gwiazdy, które pięknie migotały, księżyc uśmiechał się do mnie, a rankiem słońce zaglądało przez okno i pokazywało, że mimo, iż jest bardzo daleko to jednak jest, ogrzewa mnie...
I ono było nadzieją - świeciło, nawet jeśli w nocy nie było gwiazd.
Z czasem stałaś się pragnieniem tak silnym, że nie myślałam o niczym innym, a tylko o tym, byś zaistniała.
I wtedy stał się cud - nie pojawiłaś się od razu, ale wtedy, kiedy Ty chciałaś...
Do dziś pamiętam te magiczne 2 kreski, które zobaczyłam dokładnie pierwszego dnia wiosny.
Nadeszłaś wraz z wiosną. Wszystko budziło się do życia. Czy mogłaś wybrać sobie lepszy moment?
Wtedy zrozumiałam, że wszystko ma w życiu sens...
I wtedy z marzenia stałaś się realna. Zobaczyłam Cię na USG, usłyszałam Twe maleńkie serduszko, które biło jak szalone, a po kilkunastu tygodniach namacalnie dałaś znać, że jesteś - swoimi ruchami.
Nie ma nic cudowniejszego. 
Nie ma nic bardziej wzruszającego.
Córeczko - dziś dokładnie minęło 37 tygodni od dnia, kiedy się pojawiłaś, a od 233 dni wiem, że jesteś we mnie...
Dziś kochanie jesteś gotowa, by przyjść już na świat. Jesteś bezpieczna. A my - rodzice i cała rodzina czekamy na Ciebie. Nie ma chwili mój Aniele, bym o Tobie nie myślała. Dziś jestem gotowa, by być Twoją Mamą i zrobię wszystko, bym była tą najlepszą.
Z niecierpliwością czekam na Ciebie.
Kocham Cię - Mama.

sobota, 2 listopada 2013

Pierwszy fałszywy alarm...

Siedzę w domu, Mąż w pracy, a ja oglądam film. I nagle: skurcz. Ja przerażona (bo pierwsza ciąża, to nie mam pojęcia co to skurcz), brzuch twardy jak skała, po kilkunastu sekundach minęło. Kilka minut później znowu. I jeszcze raz. I następny. Mi łzy stanęły w oczach i mówię sobie: Boże, ja nie mam łóżeczka (zamówione, ma być po niedzieli). I wtedy przyszło mi do głowy, że to skurcze przepowiadające, bo jak to? Mam rodzić, jak nie ma łóżeczka? Tak - dokładnie tak pomyślałam. Pamiętam, jak lekarz mówił, że jak pojawią się skurcze, żeby chodzić, jeśli to przepowiadające to powinno mniej boleć, albo przestać. I tak zrobiłam... I minęło. Kładę się - znowu boli, wstaje - przestało. Kamień z serca, bo poza tym, że brak łóżeczka to Mąż w pracy - samochód na podwórku. Mąż w pracy to nie problem, ale...10 kilometrów pieszo do domu? to już mógłby być problem.
I teraz siedzę, brzuch pobolewa, ale powinnam już się przyzwyczajać, przeczucie (które mnie w ciąży nie myli) podpowiada, że córcia ułożyła się główkowo. To z kolei świadczy o tym, że rodzić będziemy naturalnie.
I jeśli skurcze przepowiadające są bezbolesne, jak wszędzie czytam, a te co ja miałam bezbolesne nie były to ja nie chcę póki co wiedzieć jak bolą te normalne.

Tak było w czwartek - dziś sobota i czuję się świetnie. Od kilku nocy - śpię! Córcia nie kopie już tak mocno jak wcześniej, czuję tylko przyjemne rozpychanie.
Miód na serce.

poniedziałek, 28 października 2013

Gorąco!

Jestem zmarzluchem... Wróć - byłam! Byłam do czasu, aż zaszłam w ciążę. I jeśli początkowo nie było dużej różnicy w tym, jak ja odczuwam temperaturę, a jak inni - teraz jest.
Rok temu uwielbiałam siedzieć w domku, temperatura około 23 - 24 stopni, a ja czułam się idealnie. Zapomniałam dodać, że teściowie moi uwielbiają ciepło, dla mnie bomba! Również uwielbiałam. 
Teraz teściowie nadal je uwielbiają, Mąż lubi, a ja się duszę. 
I tak kilka dni temu na dworze wiało bardzo, w domu 24 stopnie - ratunku!! Okno otworzyłam i siedzę, zamknęłam oczy i napawam się zimnem (jakkolwiek to brzmi) i z uśmiechem patrzę, jak wiatr, wdzierający się do pokoju rozwiewa mi włosy... Zrobiło się chłodniej - nawet ja poczułam i wtedy - bum! Wchodzi mąż, oczy wytrzeszcza, patrzy i nic nie mówi... Podchodzi do okna, zamyka je, całuje w czoło i wychodzi... Stwierdził zapewne, że zwariowałam, a ja zapomniałam zapytać wtedy czemu nic nie mówi. I tak jest codziennie... Wieczorem, ja otwieram okno - On marznie i nie rozumie, że na dworze gorąco.
Teraz jest podobnie... Siedzę przy otwartym oknie i się chłodzę. Zanim Marcin wróci zdążę zmrozić pokój i oczywiście powiem, że pojęcia nie mam czemu tak się wychłodziło - być może uwierzy, jeśli stwierdzę, że zima idzie :) Tylko jak wytłumaczyć, że tylko w naszym pokoju tak przyjemnie chłodno?
I kilka dni temu pojechałam w odwiedziny do Anetki. Idziemy na spacer. Ja bluzeczka cienka jedna, na to rozpięta kurtka - nie krzyczeć, bo się nie dopina. Ona - 2 bluzki, podkoszulka i kurtka i twierdzi, że zimno. I idziemy, ona otulona, ja zadowolona, że tak fajnie, ale i tak mi gorąco było. Nawet do głowy przyszło, by kurtkę zdjąć, ale zaraz wyobraziłam sobie jej minę, krzyki i zrezygnowałam.
I tak tylko liczę na to, by po porodzie móc normalnie czuć ciepło i zimno, bo w przeciwnym razie, na spacery małą ubierać będzie mąż.
Kiedyś powiedziałabym: kocham ciepło, teraz powiem: lubię, jak jest chłodno :)

sobota, 26 października 2013

+/- 5 tygodni

Mniej więcej 5 tygodni zostało do porodu. Teoretycznie - bo kiedy nasza mała ma zamiar pojawić się na świecie - wie tylko ona. Jeszcze 2 tygodnie temu powiedziałabym: niech się nie spieszy (bo tak bałam się porodu). Dziś odliczam tylko dni do 37 tygodnia i mam nadzieję (jakkolwiek to brzmi), że urodzę przed planowaną datą porodu. 
Nie mogę powiedzieć, że się nie wysypiam, bo prawie nie śpię, więc dziwne by było stwierdzenie, że spać mi się chce - ostatnio jestem chodzącym zombie. O ile uda mi się usnąć około północy to około 2 punktualnie codziennie się budzę i leżę kilka godzin. I przekręcam się z boku na bok, przy czym wszystko mnie boli. W dzień też próbuję spać, ale w ogóle mi niewygodnie.
O ile uda mi się zapomnieć, że potrzebuję snu - odzywa się mój kręgosłup, który najbardziej lubi, jak leżę na plecach, a tu z kolei pojawia się problem, bo na plecach trudno mi oddychać. Także ostatni miesiąc zaczyna mi się ciężko - mam cichą nadzieję, że mała nie urodzi się po terminie.
A co na to córcia? A ona nic sobie z tego nie robi, bo kręci się jak szalona. Mam wrażenie, że mój brzuch zamieszkuje nie jedno, a przynajmniej kilka dzieci i się zastanawiam coraz częściej czy mój lekarz oby na pewno żadnego nie przeoczył? No bo skoro wyraźnie czuję jak kopie w lewym boku, a zaraz potem na dole i w tym samym momencie w prawym, to jak to nazwać? Nawet próbowałam sobie wymacać jak mała jest ułożona... cóż... wyszło na to, że główkę miała z lewej strony brzucha, ale już sekundę później z prawej, po czym w mgnieniu oka skoczyła na dół. I nadal mam sądzić, że mam jedno dziecko? :)
I o ile te ruchy czasami są najcudowniejsze, bo delikatne i rozpływam się nad nimi, to chwilę później mam wrażenie, że córcia rozrywa mi brzuch, bardzo się rozpycha, zwłaszcza na boki.
 
 
 
A brzuszek od jakiś 2 tygodni nie zmienia swojego rozmiaru i cały czas ma obwód 98 cm - od początku ciąży powiększył się o 36 cm.
Generalnie nie przeszkadza mi aż tak, pomijając chwile, kiedy wpadnę na pomysł, by wyjść na dwór i założyć adidasy - sznurowane! To dopiero wyzwanie!
A poza tym - jestem przeszczęśliwa i czekam na Julcię. Marcin również - uwielbiam jak przytula się do mnie, całuje brzuszek, mówi do niego... a najbardziej podoba mi się, jak przykłada detektor i słucha bicia serduszka... będzie mi tego brakowało, ale i tak z niecierpliwością czekam na rozwiązanie.

wtorek, 15 października 2013

33 tydzień ciąży

Kolejna wizyta u lekarza za nami. Pan doktor zapewnił, że na 100% będzie dziewczynka. Twierdzi, że rękę sobie da uciąć, a że ta mu z pewnością w tym zawodzie potrzebna - wierzę mu. Zresztą innej opcji nie brałam od początku pod uwagę - czułam i wiedziałam, że będzie córcia.
33 tydzień ciąży
spodziewany termin porodu: 29 listopada (czyli tak, jak według OM)
waga dziecka: 2100 
ułożenie: miednicowe (bądź pośladkowe, jak kto woli)
No i córcia nam się przekręciła o 180 stopni od ostatniej wizyty. I jak to lekarz powiedział: albo się przekręci jeszcze albo nie. Dziwne... sama nigdy bym na to nie wpadła! :) Co ja sądzę? Lekko mnie to zszokowało, bo... nastawiona byłam na poród siłami natury, teraz mi mówił o cesarce, a prawda jest taka, że dopiero na następnej wizycie się dowiem co i jak i przez 3 tygodnie muszę żyć ze świadomością: nie wiem na co się nastawiać. Zresztą - co ma być to będzie.

środa, 2 października 2013

Dziś się wyśpię :)

Julcia kopie jak szalona - nieustannie, mam wrażenie.I kolejny raz spróbowałam liczyć te ruchy. Mówię sobie: siedzę w domu, a co! Policzymy... i tak zrezygnowałam po kilkunastu sekundach, bo nie wiem kiedy kończy się jeden ruch, a zaczyna drugi i czy w ogóle od ostatnich 15 minut zaczął się następny czy nadal to ten jeden? :)

Niedawno też zapytała koleżanka jak mi się sypia i czy nie mam problemów z zaśnięciem - nie mam. No bo jak można mieć skoro prawie w ogóle się nie śpi? Wyczytałam, że najlepiej spać na lewym boku i się kładę, ale po kilku minutach stwierdzam, że serce dziwnie mi bije, więc leżę na plecach - źle się oddycha, na prawym boku mi niewygodnie, więc próbuję od nowa.... i po kilkunastu próbach stwierdzam, że nie usnę. A nawet jeśli jakimś cudem mi się to uda, to bardzo szybko się budzę, bo muszę do WC i wracam i znowu to samo. A kiedy wreszcie usnę to trzeba wstać, bo 9 na zegarku. I mąż herbatę stawia na stoliku, a ja grzecznie piję i z uśmiechem witam kolejny dzień. I obiecuję sobie, że ... "dziś się wyśpię".



sobota, 28 września 2013

List do dziecka

Córeczko kochana...
piszę dziś do Ciebie ten list, choć wiem, że póki co i tak go nie przeczytasz. Piszę, by kiedyś Ci pokazać, byś wiedziała, jak bardzo oczekiwanym dzieckiem jesteś i jak bardzo z tatusiem Cię kochamy.
O tym, by zostać mamą marzyłam od zawsze i teraz dzięki Tobie to marzenie się spełnia. Kiedyś, zanim się pojawiłaś nie przypuszczałam nawet, że można tak pokochać kogoś, kogo się w sumie nie widziała, nie dotykało, nie rozmawiało z nim... Ty pokazujesz, że istnieje wiele rodzai miłości. Już kiedy zobaczyłam 2 kreski na teście ciążowym - 20 marca cieszyłam się jak szalona, że będę mamą. Później pojawił się strach czy wszystko z Tobą będzie dobrze...i pamiętam, jak czekałam u lekarza na wiadomość czy wszystko z Tobą w porządku, siedziałam ze łzami w oczach, a gdy tylko lekarz zaczął robić USG - Ty córeczko tak pięknie się ruszałaś. I patrząc wtedy na Ciebie, mimo, że obraz niewyraźny poczułam miłość, zrozumiałam, że ta maleńka istotka na monitorze to Ty - to moje - nasze dziecko. I tatuś Twój od tamtej chwili zaczął z Tobą rozmawiać, przytulać się do brzuszka i pokochał Cię. Dziś nie ma dnia, by o Tobie nie mówił, by nie dotykał brzuszka, nie uśmiechał się, kiedy go kopiesz. I czeka na Ciebie, czekamy oboje i odliczamy dni do chwili, kiedy pojawisz się u nas, kiedy weźmiemy Cię w ramiona, przytulimy, pocałujemy i twarzą w twarz powiemy, jak bardzo kochamy, a później... a później codziennie będziemy o tym przypominać i okazywać Ci jak bardzo upragnionym dzieckiem jesteś.
A największą radość sprawiasz dziś, kiedy wiercisz się w brzuszku i kopiesz - to takie wspaniałe uczucie czuć Cię, czuć pod dłonią jak ruszasz nóżkami, przesuwasz się...
I znowu się rozkleiłam...
Córeczko kochana - czekamy na Ciebie, kochamy Cię - my - Twoi rodzice.

poniedziałek, 16 września 2013

Chwila zadumy...

I kolejna wizyta u lekarza za nami.
I kolejne chwile wzruszenia i coraz bliżej do porodu i do dnia, kiedy wezmę córcię w ramiona. Według terminu OM jeszcze około 74 dni, a przecież to tak niewiele. Pędzi czas jak szalony, ojj pędzi.
Córcia ma się dobrze, kolejny raz ślicznie pokazała co ma między nóżkami, ułożyła się już ładnie do porodu (naturalnego rzecz jasna) i waży mniej więcej 1,5 kg. Ja trochę więcej :)
A teraz leżę i uśmiecham się do siebie, próbując liczyć ruchy maluszka. Za nic mi nie wychodzi, więc daję sobie spokój. Wiem jedno, jeśli po porodzie córcia będzie tak aktywna jak teraz czeka mnie wiele nieprzespanych nocy. Ale ... to nic - dam radę. Włączam komputer i czytam, że w 29 tygodniu dzieci dużo śpią i tak myślę: o jakże się mylicie, moja panna kręci się i wierci jak na moje oko - cały czas z kilkunastominutowymi przerwami i dalej szaleje. Mnie to odpowiada, bo uwielbiam patrzeć na tańczący brzuszek. Pocieszam się tym, że się wyśpi jak się urodzi. Mocnym kopniakiem, aczkolwiek nie bolesnym informuje mnie jednak, że mogę sobie pomarzyć.

piątek, 13 września 2013

Jak się ciotka dzieckiem opiekowała...

Jak się ciotka dzieckiem opiekowała...
Marcelek urodził się 22 czerwca - ma więc niecałe 3 miesiące. Jest cudownym dzieckiem - śliczny, ja się napatrzeć nie mogę na niego, Marcin mój się nim zachwycał, co tu dużo gadać - skradł nasze serca całkowicie. I ja się pytam tylko: jak mogło go kiedyś nie być?
Kilka dni temu Jego mama zapytała czy nie zostanę z nim godzinę, bo ma coś załatwić. Myślę sobie: jest grzeczny, śpi dużo, czemu nie? A, że obiecała, że Go nakarmi i uśpi to zgodziłam sie bez zastanowienia.
No i nadszedł ten dzień - poszłam. Już przed drzwiami usłyszałam płacz dziecka, które powinno spać. No, ale... matka planować sobie może, a dziecko i tak zrobi po swojemu. Nie spał więc, najedzony był, ale spać nie zamierzał. No i ja w stresie, bo myślę sobie: co ja zrobię z płaczącym dzieckiem? No nic.... Zostaliśmy sami. No - nie całkiem, bo był i Mąż mój i siostra i Gabi. Sama nie chciałam być, bo z racji tego, że lekarz nie pozwala mi nic dźwigać to wolałam, by ktoś jeszcze był. Mały dużo nie waży, ale po co kusić los? Rodzić jeszcze nie chcę. 
I tak pierwsze 5 minut minęły w miarę spokojnie, ciotka miny przeróżne robiła, rozśmieszyć próbowała, ba! Nawet bajkę opowiadała, ale musiała być nudna, bo dziecko płakać zaczęło. No to wołam siostrę niech małego na ręce bierze, bo Mąż mój się bał dziecka. Myślę sobie: fajnie mi będzie pomagał, jak się boi na ręce wziąć. I dziecko płakać przestało, więc znowu kładziemy i uśpić próbujemy. I znowu rozśmieszanie, głaskani a ten znowu płacz. Mówię sobie: głodny nie jest, bo dużo zjadł, więc o co chodzi? Gabrysia mówi: a może kupa? Ja: nie możliwe, bo mama przed wyjściem przebierała. No i płacze... Tym razem Mąż się odważył i na ręce małego wziął. Spodobało mu sie i najwyraźniej małemu też. Cóż... widocznie Marcelek nie lubi leżeć. Po kilku minutach noszenia się uspokoił to myślę sobie: kolejne podejście usypiania. Marcin małego na kolana i buja, a ten zamiast spać to uśmiech od ucha do ucha. Dziwić się w sumie nie ma co, bo jak patrzyłam jakie Marcin robi miny to samej śmiać mi się chciało. No, ale nic... mały po kilku minutach znowu w płacz... Mi ręce opadły. Mówię sobie: coś go pewnie boli, a Gabi kolejny raz zagaduje: a może kupkę zrobił? Ja, że nie możliwe. No, ale sobie myślę: sprawdzę, a co mi tam.  A tu zonk! Kupa jest... ja stres, bo w życiu nie przewijałam niemowlaka. Szczęka opadła, ręce jeszcze bardziej i przewijać trzeba... A jak przewijać, to nikt chętny. I pytam ja maluszka czemu nie mógł poczekać, aż mama wróci? Uśmiechem odpowiedział. Jakby nie było, ja zadowolona, że wreszcie nie płacze i uśnie. A spać mu się ewidentnie chciało, bo widać było... No to kładziemy a ten co? W płacz... Mi sie płakać chciało, to mówię: jest głodny. Robię mleko w biegu, płakać mały nie przestaje, Mąż cierpiwie nosi, tuli, a ten nic... Wreszcie Go kładzie, ja pędzę z mlekiem, a Marcelek usnął. Ot tak po prostu zamknął oczy i usnął. Ja wytrzeszcz oczu, przecierem je raz, drugi, a ten śpi. Jaki spokój  nagle się zrobił, usiadłam zmęczona, ale zadowolona i wchodzi mama małego, patrzy na niego: oo jaki aniołek, śpi. Taak - śpi, a przez sen uśmiecha się i myśli pewnie: no to dałem im popalić.

wtorek, 3 września 2013

27 tydzień ciąży

27 tydzień ciąży na nami...
... do rozwiązania teoretycznie 87 dni. A jak będzie w praktyce? Chyba nikt nie wie.
Czas pędzi jak szalony, dopiero dowiedziałam się o ciąży, a niedługo maleństwo będzie z nami. Niecałe 13 tygodni pozostało. A jak mija ciąża? Wkroczyliśmy w III trymestr.
Pierwsze dwa bardzo łagodnie przeszłam. Poranne mdłości ekspresowo minęły, wymioty mnie ominęły. Drugi trymestr był jeszcze lepszy, bo niemal bezobjawowo. Nic mi nie dolegało, mam nadzieję, że kiedyś przy kolejnej ciąży również będę tak miło wspominać ten czas.
Teraz rozpoczęliśmy III trymestr i co mam powiedzieć? Czuje się dobrze, pomijając dziwne bóle brzucha, które podobno są normalne. 
Córcia stała się bardzo ruchliwa, brzuszek rusza się jak szalony, a ja nie mogę się na niego napatrzeć. To takie cudowne uczucie. Takie...niepowtarzalne i już dziś wiem, że jak urodzę, będzie mi tego bardzo brakowało. Może zabrzmi to dziwnie, ale... nie mogę sobie przypomnieć jak było, jak małej nie było w brzuszku. Jak mogłam nic nie czuć? Dużo bym dała, by móc czuć te ruchy jak najdłużej, a z drugiej strony...nie mogę doczekać się porodu i chwili, kiedy pierwszy raz zobaczę córcię.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Studniówka

...dokładnie 100 dni pozostało do terminu porodu. Czas leci niesamowicie szybko, a ja? A ja jestem w szoku, bo zaczyna do mnie docierać, że to już tuż tuż i choć się niesamowicie cieszę i doczekać nie mogę aż zobaczę, uściskam i ucałuję córeczkę to jednocześnie panicznie się boję. I boję się tego lęku. Bo jak to? Mam być Mamą, a się boję? I czego się boję?
Przede wszystkim boję się porodu. Panicznie. Boję się bólu, że sobie nie dam rady, że nie będę mieć siły i boję się komplikacji podczas porodu. Pojawiają się myśli, że albo mi się coś stanie albo dziecku. Wiem, że jest sporo komplikacji przy porodzie w efekcie czego dziecku może coś się stać i dlatego czasami wolałabym cesarkę. Nie - nie dlatego, że się boję bólu, ale dlatego, że boję się o dziecko. Ból to inna bajka. Są dni kiedy nie wyobrażam sobie tego, a są takie, kiedy mówię sobie: muszę dać radę: nie ja pierwsza i nie ostatnia. I niestety nie pocieszają mnie znajome, które rodziły.
Boję się też tego, że nie będę potrafiła zająć się dzieckiem, że zrobię mu krzywdę. Nigdy nie miałam styczności z noworodkiem. Wróć - mam teraz, ale nigdy nie byłam sama z takim maleństwem. Kiedy odwiedzam Anetę i karmię tego maluszka boję się. Każde skrzywienie buzi mnie przeraża, bo boję się, że się zakrztusi, itd. Tak - wiem... Jak ktoś to czyta pomyśli sobie: idiotka. A ja chcę być dobrą mamą, ale boję się czasami, że nie dam rady.
Boję się, że Marcin nie będzie mi pomagał. I mimo, że ciągle powtarza, że będzie to jednak pojawiają się i głupie myśli.
Nieprzespanych nocy, wstawania, bujania, noszenia się nie boję. To mnie nie przeraża.
A z drugiej strony.... Idę do lekarza, siadam i czekam na moją kolej. I biorę gazetę w dłoń i czytam. I uśmiecham się, bo wychodzi na to, że moje lęki sa normalne, że podobno każda kobieta takowe ma. Gorzej gdyby się niczego nie bać. I z uśmiechem śmiem twierdzić, że nie zwariowałam.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

A domek rośnie - pomału, ale zawsze...

Panowie murarze przyszli w środę o 8:00 i zaczęli stawianie. Pogoda dopisała i to aż za bardzo. Z pierwszego dnia robót nie mam ani jednego zdjęcia, bo w ogóle prawie nie wychodziłam na dwór. Tam, temperatura w cieniu wynosiła 36 stopni. Drugiego dnia wcale lepiej nie było, bo w cieniu mieliśmy 38, powietrza brakowało, ale wyszłam na troszkę. Dopiero w piątek troszkę się ochłodziło, ale tylko rano, bo popołudniu znowu upał.
Musieliśmy domówić 600 sztuk bloczków, bo brakło - nie przewidzieliśmy, że teren jest tak nierówny, że poszło prawie drugie tyle. Z przodu domku podmurówka zrobiona jest na 5 bloczków, a z tyłu z jednej strony na 8, a z drugiej aż 11 (!!!).








Skończyli w sobotę przez 14. Domek jest ... spory :) Doczekać się nie mogę przyszłego roku, jak zacznie rosnąć i będzie można wreszcie wejść do środka.


Widok od ogrodu: prawda, że wysokie? Jak sobie pomyślę ile tam piachu pójdzie... A ile piachu w środek? Glowa boli :)









W tym roku czeka nas jeszcze izolacja fundamentów w pierwszej kolejności, zasypianie piachem środka domku, wyprowadzenie rurek do kanalizacji i chyba tyle. Wiosną zalewamy chudziaka na zero, potem ścianki, strop i jak się uda to dach. Zobaczymy jak to wszystko się ułoży.

środa, 31 lipca 2013

Wybór imienia...

...dla dziecka to wbrew pozorom bardzo trudne zadanie. Kiedyś podobało mi się jedno i wiedziałam, że tak nazwę dziecko i koniec. Z czasem gust się zmienił, a kiedy zaszłam w ciążę i spojrzenie na wszystko się zmieniło. No bo imię poza tym, że ma mi się podobać chciałabym, by w przyszłości podobało się dziecku. Znam ludzi, którzy wstydzą się swojego imienia i nigdy nie chciałabym, by moja córka miała tak samo.
I tak powstała lista tych imion, które najbardziej się nam podobają i są  to: Amelka, Julka, Klaudia, Maja, Nela, Zuzia.
Jedno wiem: na pewno będzie to któreś z tych imion, ale które? Pojęcia nie mam - na szczęście jeszcze 4 miesiące do zastanowienia i przemyślenia. Wybierając te imiona nie kieruję się modą, popularnością, a zapisaliśmy te, które są najładniejsze dla nas. I co się okazuje. Wchodzę na stronę: najpopularniejsze imiona dla dziewczynek i w ciągu ostatnich lat na pierwszym miejscu jest Julia, zaraz potem Lena i Maja. Początkowo mówiłam sobie: nie będę patrzyła czy imię jest popularne, tylko ma się nam podobać. I tak niedawno doszliśmy do wniosku, że będzie Julia i co zauważyłam? W sklepie chodzą mamy z dzieciakami i co któraś dziewczynka to Julia. Na placu zabaw siedzę, chłopczyk krzyczy: Julia, a 3 się odwracają. Nie wiedziałam, że to imię jest aż tak popularne. I z jednej strony powinnam powiedzieć sobie: trudno, jest ładne i to dlatego, ale z drugiej ... wolałabym, by było mniej popularne.
I tak będziemy nadal myśleć i pewnie kiedyś wymyślimy, bo córcia jakieś imię mieć musi, a raczej powinna. Nie sądziłam, że taki problem będziemy mieć z wyborem imienia.

wtorek, 16 lipca 2013

Ruchy maleństwa

Pamiętam, jak zastanawiałam się czy uda mi się zajść w ciążę, a potem - tak niespodziewanie się udało, bo w miesiącu kiedy w ogóle się nie spodziewałam. Potem pierwsze plamienia, łzy, strach i wreszcie bicie serduszka. I znowu radość, ale i strach gdzieś był... i kilka tygodni szczęścia i znowu plamienie. Znowu łzy, ale i nadzieja. I słowa lekarza: ciąża żywa. Ogromna ulga, łzy radości... 
A teraz? A teraz to już 20 tydzień czyli połowa za nami, aż trudno w to uwierzyć...
Dziś mniej się boję - czuję, że będzie dobrze, innej opcji nie biorę pod uwagę. Codziennie napawam się ruchami maleństwa. Codziennie dziękuję Bogu, że dziecko pięknie rośnie...
I dziś w internecie na temat 20 tygodnia przeczytałam coś takiego:
"Pierwszych ruchów nikt poza tobą nie jest w stanie wyczuć. Stopniowo jednak będą coraz mocniejsze. W trzecim trymestrze będzie je można wyczuć dłonią i to nie tylko twoją, a czasem nawet zobaczyć gołym okiem."
W moim przypadku nie jest to prawdą. Pierwsze ruchy poczułam 27 czerwca więc w 18 tygodniu i też wtedy już mogłam je wyczuć dłonią, dziś leżąc widzę jak delikatnie rusza się brzuszek, nie nie cały, a w poszczególnych punktach, ale się rusza. Mąż od 2 tygodni codziennie dokłada rękę do brzucha i z uśmiechem czeka aż dzidzia da znać i daje :)
A tak ja wyglądam dziś:
Tak, te dwa zdjęcia zostały zrobione w tej samej chwili :) Pierwszy raz zdjęcie robiłam wieczorem, bo rano brzuszek jest mniejszy. 
Za jakiś miesiąc, jak brzuszek będzie większy wybieram się z Mężem w plener na "sesje z brzuszkiem" :)
W poniedziałek idę do lekarza, się doczekać nie mogę już, jak znowu zobaczę moją kruszynkę.

czwartek, 11 lipca 2013

Z dziennika budowy

Chłopaki dzielnie od soboty kopali. Zaczynali pełni zapału, kończyli wykończeni. Grunt do kopania jest okropny, ale jako "podstawa" pod dom - idealny. My baliśmy się, że będzie za miękko, a było za twardo i niezastąpionym przyrządem każdego faceta była nie łopata, a kilof! 
Ale... radę dali, a ja jestem z nich ogromnie dumna. Marcina rozpiera duma i radość, cieszy się jak dziecko, a ja widząc to mimowolnie się uśmiecham :)

Tak było jeszcze wczoraj:



A dziś już przyjechały betoniarki - łącznie sztuk 6 (szok!) i fundamenty zalały.Ani cena ani ilość betonu nas nie zaskoczyła, bo już obliczyłam wcześniej i pomyliłam się tylko o metr - na naszą korzyść :)






I jeden z niezastąpionych pracowników zrobił pierwszy wianek (??). Chyba tak się to nazywa - nie wiem.


Generalnie jesteśmy zadowoleni. Póki co ceny nas jeszcze nie załamują, nie zaskakują - wszystko przed nami.
Nie obyło się bez kilku starć z teściem, ale go wczoraj wystarczająco ustawiłam do pionu i siedzi cicho, a co! Jak nie ja, to kto? :)
Za jakieś 2 - 3 tygodnie przychodzi murarz i stawia bloczki. W tym roku robimy stan zero - w przyszłym jak się uda SSZ.

Nasz cud

Nasz cud
Zanim cię poczęłam - pragnęłam Cię, zanim cię urodziłam - kochałam Cię, nim minęła pierwsza minuta Twojego życia - byłam gotowa oddać za Ciebie życie